Buszujący w zbożu: Ubecy, kanalie, zdrajcy i złodzieje!

Nasze życie zaczyna kończyć się w dniu, w którym zaczynamy przemilczać ważne tematy”.

Bardzo nie lubię angażować się politycznie, nie lubię rozmawiać o polityce i nie lubię o niej myśleć. Długo zastanawiałem się, czy powinienem odnieść się do ostatnich wydarzeń. Nie chciałem tego robić głównie dlatego, że nie widziałem sensu takiego działania, uważałem, że mój głos i tak nic nie znaczy, że jest tylko jeden – że mój głos niczego nie zmieni. Z tego samego powodu nie poszedłem na wybory w 2015 roku. Nie miałem (i nie mam nadal) partii, na którą chciałbym głosować z pełnym przekonaniem. I wtedy, dwa lata temu, wydawało mi się, że wybieranie mniejszego zła nie ma najmniejszego sensu, bo w najgorszym przypadku będzie tak, jak było. I to był olbrzymi błąd…
Niech za nagłówki poszczególnych akapitów posłużą mi dzisiaj cytaty z Martina Luthera Kinga.

Ten, kto biernie akceptuje zło, jest za nie tak samo odpowiedzialny jak ten, co je popełnia”.

Nie mam zamiaru nawoływać do popierania obecnej opozycji (której sam nie popieram), czy do obalania sprawujących obecnie władzę (których nie tylko nie popieram, ale których też coraz trudniej mi szanować, ale godzę się z faktem, że zostali demokratycznie wybrani). Chcę tylko napisać co mnie, Polaka, Europejczyka, młodego człowieka, najzwyczajniej w świecie wkurwia. Proszę mi wybaczyć to słowo o rynsztokowej proweniencji, ale wydaje mi się ono na chwilę obecną jedynym sensownym, jedynym, które w pełni oddaje nastroje panujące na ulicy. Na manifestacjach widzę młodych ludzi, ludzi w moim wieku i ciut starszych. Ludzi smutnych i zatroskanych, ale w dużej mierze ludzi tracących cierpliwość. A co istotniejsze z dnia na dzień widać ich coraz więcej. Moja nieobecność na ostatnich wyborach była jaskrawym przykładem bierności. Po rozmowach ze znajomymi widzę, że wielu młodych wyszło wtedy z podobnego założenia. Ale to zaczyna się bardzo wyraźnie zmieniać. Ci, którzy do tej pory nie byli przekonani do aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym, zaczynają rozumieć, że bierność wobec złych decyzji jest równie szkodliwa, co aktywne dla nich poparcie, że należy sprzeciwiać się. I warto to robić, nawet jeżeli ów sprzeciw nie przynosi rezultatów – dla czystości swojego własnego sumienia. I chociaż żadne argumenty nie trafiają i najprawdopodobniej trafiać nie będą do posłów i senatorów Prawa i Sprawiedliwości, mam nadzieję, że przynajmniej widząc te tłumy na ulicach, ci ludzie nie mogą w nocy spokojnie zasnąć. Bo w tym momencie na spokojny sen nie zasługują.

„Nic, co człowiek robi, nie poniża go tak bardzo jak nienawiść”.

Przeraża mnie język nienawiści, który na dobre zagościł na sali plenarnej polskiego Sejmu, na polskich ulicach i w polskich domach. Przeraża mnie, że to ludzie młodzi muszą przypominać starszym od siebie, do czego prowadzą nienawiść, nietolerancja i skrajny nacjonalizm. I jako obywatel cywilizowanego świata nie zgadzam się na taką mowę i nie chcę jej w instytucjach, które mniej lub bardziej bezpośrednio decydują o moim życiu. Jako człowiek kulturalny nie chcę, żeby reprezentowały mnie osoby pokroju posła Kaczyńskiego, czy posłanki Pawłowicz. Osoby, jak się wydaje, kultury pozbawione. Bo jak inaczej określić sytuację, w której szeregowy poseł jednej z partii politycznych wchodzi sobie poza porządkiem obrad na mównicę i zaczyna, czerwony ze złości, plując na prawo i lewo, wyzywać Polaków od zdrajców? I choć za wyciągnięcie na tej samej mównicy kartki z napisem „Wolne Media” dostaje się reprymendę marszałka i karę finansową, to już siać nienawiść można. Czekam tyko aż ów poseł dostanie nagrodę. Albo, drodzy Państwo, każdy z nas pracuje, każdy z nas wie, że w miejscu pracy obowiązują pewne zasady wynikające z kultury i wzajemnego szacunku. Czy ktoś wyobraża sobie, żeby poza ustaloną godziną przerwy wyciągnąć sobie,  i to na oczach szefa, z torby pajdę chleba albo termos z grochówką i obżerać się w trakcie wykonywania obowiązków zawodowych? Ja sobie nie wyobrażam. Ale w zasadzie nikt wyobrażać sobie nie musi – wystarczy włączyć transmisję z obrad Sejmu, w zasadzie o dowolnej porze, i bez większego trudu odnaleźć po lewej stronie Sali pewną powabną damę z kanapką owiniętą w woreczek jednorazowy. Ale koniec końców można na to machnąć ręką, bo to problem tych jednostek, taki już ich urok, trudno. Niestety ów urok zaczyna przeszkadzać, kiedy udziela się także innym.

Nie chcę, żeby polityka opierała się na nienawiści do jakichkolwiek mniejszości i nieistotne, czy są to wegetarianie, osoby homoseksualne, uchodźcy, opozycja, czy ktokolwiek inny. Chcę rozmów, dialogu, merytorycznych argumentów, a nie pustych, wyolbrzymionych krzykiem haseł rzucanych gdzie bądź.  Najbardziej smuci mnie to, że tego typu retoryka tworzy głębokie podziały i to nie na linii Polacy kontra reszta świata, ale między samymi Polakami. Naród powinno się jednoczyć, a nie tak brutalnie i z premedytacją dzielić, sortować na lepszych i gorszych. To wszystko prowadzi zresztą do kuriozalnych sytuacji. Wyobraźmy sobie takie zdarzenie: mamy manifestację przeciwko rządowi i kontrmanifestację. Dajmy na to w takim Krakowie, pod – czysto hipotetycznie – Wawelem, powiedzmy 18. dnia jakiegoś letniego miesiąca (tak zupełnie przypadkowo). Po jednej stronie tłumek młodych ludzi od dwudziestu paru lat wzwyż. Po drugiej, kilka osób, które na oko przekroczyły już jakiś czas temu pięćdziesiątkę. Młodzi stoją sobie spokojnie, a starsi państwo drą się i wyzywają drugą grupę od komuchów, ubeków i zdrajców. Sęk w tym, że adresaci tych wyzwisk, choćby nie wiem co robili i jak bardzo mącili w swoich papierach, za nic w świecie komuny pamiętać nie mogą. Za to nadawcy – owszem! Absurd? Nie, niestety polska rzeczywistość. Przykrym jest też to, że język przesiąknięty propagandą i zerojedynkowym tokiem rozumowania „jeżeli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam” prowadzi też do głębokich podziałów w tych najmniejszych i najbardziej podstawowych komórkach społeczeństwa – w rodzinach. W tym momencie na klawiaturę ciśnie się jeszcze jeden cytat: „Musimy nauczyć się żyć razem jak bracia, jeśli nie chcemy zginąć razem jak szaleńcy”.

Przyznam się, że nawet nie potrafię nimi, pomimo wszystko, gardzić. Może dlatego, że nie chcę być taki sam jak oni. A może po prostu wiem, że ci ludzie zostali oślepieni czyjąś nienawiścią, że ona nie jest ich własną. Że zostali nauczeni nienawiści. Że nie należy ich piętnować – należy im współczuć.

20354072_10207678394957954_751249324_o

„Na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów, ale milczenie naszych przyjaciół”.

Milczenie przyjaciół. To, że nadal wielu młodych ludzi, nawet tych, którzy sprzeciwiają się zmianom wprowadzanym przez PIS, zamiast pójść i swój sprzeciw pokazać, woli wyjść na piwo ze znajomymi, to jedno. Przykre, ale niestety w takich konformistycznych czasach się wychowaliśmy. Boli mnie za to bardzo milczenie innych przyjaciół – tych duchowych. Jestem wierzący, jestem chrześcijaninem, jestem katolikiem. Od urodzenia był to dla mnie powód do szczerej dumy, szczególnie w czasach Jana Pawła II. Miewałem wprawdzie w życiu chwile zawahania i wątpliwości, chwile zadawania pytań i szukania odpowiedzi, ale zawsze –  prędzej  czy później – istota życia we wspólnocie wygrywała nad wątpliwościami.

Jako osoba wierząca nie chcę, żeby Kościół mieszał się w politykę, po którejkolwiek ze stron, dlatego tak mocno smuciło mnie, kiedy niektórzy księża jawnie agitowali na korzyść obecnie rządzącej partii – z pewnym powszechnie znanym, toruńskim redemptorystą na czele. Ale skoro już mieszać się zaczęliście i namieszaliście, boli mnie Wasze milczenie teraz. Teraz, kiedy przepaść pomiędzy Polakami rośnie, kiedy partia, którą wielu z Was tak wielbi (choć to nie partię wielbić powinno), nawołuje do nienawiści, dzieli i obraża. Gdzie tutaj miejsce na chrześcijańskie wartości? Gdzie jest miłość bliźniego? Gdzie wybaczenie? Gdzie szacunek? Gdzie miłosierdzie? Gdzie jesteście Wy? Nie potrafiliście zamknąć się w czterech ścianach świątyń i zająć modlitwą, kiedy był na to odpowiedni czas – nie zamykajcie się teraz. Nie oczekuję od Was deklaracji politycznych, oczekuję, że będziecie nawoływać do dialogu, szczególnie tych, którzy słuchać nie chcą, którzy korzystając z danego im mandatu politycznego, mają w głębokim poważaniu głos ludzi. Kiedyś staliście po stronie ludzi właśnie, ale wtedy władza była przeciwko Wam. Teraz siedzicie cicho. I ta cisza zasmuca.

Niech przerwie ją, choć na chwilę, Kaczmarski:

„Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
I ocal mnie od pogardy Panie…”

Pamiętacie jeszcze te słowa? Zrozumieliście? Mam nadzieję!

„Nigdy nie zapominaj, że wszystko, co Hitler uczynił w Niemczech było legalne”.

To, że ktoś legalnie otrzymał władzę, nie oznacza, że legalnie ją sprawuje. Że jest bezkarny, że nikt mu nie patrzy na ręce i że nie musi liczyć się z głosami sprzeciwu, choćby najmniejszymi. Przeraża mnie buńczuczność władzy i jej pogarda, jej brak poszanowania dla podstawowych, demokratycznych wartości – z dialogiem na czele. Oni nie potrafią słuchać i rozmawiać, potrafią tylko krzyczeć i oskarżać. Mieliśmy już w XX wieku człowieczka, który dużo krzyczał i bardzo lubił o wszystkim decydować – i chyba każdy wie, jak ta historia się skończyła. Czy naprawdę musi się powtarzać?

Czy to oznacza, że Platforma Obywatelska rządziła dobrze? Bynajmniej! Ale przecież Prawo i Sprawiedliwość, sądząc po obietnicach, miało być remedium, a nie zwiększeniem – nie daj, Boże, śmiertelnym – dawki. Nie neguję potrzeby reform, konieczności zmian – upływ czasu implikuje zmiany, to oczywiste. Jak już wspomniałem we wstępie, nie jestem ślepym zwolennikiem opozycji, w zasadzie przez większość swojego krótkiego życia starałem się być apolityczny (o ile apolityczność jako taka  jest w ogóle możliwa), ale obecna sytuacja jest najzwyczajniej w świecie karygodna. Chciałbym w tym miejscu zaapelować do moich znajomych i rodziny, szczególnie tych, którzy są mi najbliżsi, którzy głosowali na Prawo i Sprawiedliwość. Ja nie jestem przeciwko tej partii samej w sobie, nie jestem przeciwnikiem zmian, nie jestem przeciwko Wam. Sprzeciwiam się wprowadzaniu zmian w Polsce na takich zasadach (czy też bez jakichkolwiek zasad) – na chybcika i po nocach. Sprzeciwiam się uchwalaniu ustaw, które dotyczą najistotniejszych aspektów mojego i waszego życia, w pośpiechu i na dodatek z wewnętrznymi sprzecznościami i błędami. Prawo stanowione w ten sposób łatwo może stać się gruntem dla bezprawia. Zresztą to nie tylko moja opinia, to także opinia samego Prawa i Sprawiedliwości, a przynajmniej taka była przed wyborami, w 2014 roku, co można wyczytać w ich statucie z tamtego okresu. Sprzeciwiam się niezdolności do osiągania kompromisów. Sprzeciwiam się nienawiści płynącej z góry. I, moi drodzy, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, jakie ta nienawiść ma barwy, jakie logo i jaki procent głosów zdobyła na wyborach.

20289778_10207678384997705_1124044329_n

Dlatego zamiast wyzywać się od zdrajców, złodziei, komunistów, ubeków i kanalii – rozmawiajmy do jasnej cholery! Szukajmy rozwiązań, które będą nas łączyć – nie dzielić. Budujmy Polskę, w której każdy – niezależnie od sympatii politycznych – będzie czuł się dobrze i bezpiecznie, w której będzie czuł się wolny. Poseł Kaczyński jest bardzo smutnym człowiekiem, nawet nie umiem sobie wyobrazić, co musiał przeżywać na wieść o śmierci brata i bratowej oraz co działo się w jego głowie i sercu od tamtego czasu do teraz. To była olbrzymia, osobista tragedia. Wracam ostatnimi czasy do wypowiedzi Lecha i Marii Kaczyńskich, między innymi na temat wolności mediów, na temat uchodźców, aborcji i zastanawiam się… Kto kim, tak naprawdę, wyciera sobie teraz buzię. Panie Jarosławie – współczuję Panu, tak po chrześcijańsku. Ale coraz mniej Pana rozumiem.

Kończąc już dzisiejszy tekst, chcę zwrócić jednak uwagę na rzecz, która akurat mnie cieszy. Manifestacje pod sądami pokazują, że w tym kraju jest coraz więcej zaangażowanych młodych ludzi. Patrzących z niepokojem, ale jednocześnie z nadzieją w przyszłość. Kulturalnych i mądrych, szukających rozwiązań i dialogu. Ludzi, którym zależy – i niech zależeć nie przestaje. Wiele razy w ciągu ostatnich dwudziestu siedmiu lat słyszałem nasz hymn. Ale chyba nigdy nie brzmiał w moich uszach tak szczerze i pięknie jak na placyku pod Sądem Okręgowym w Krakowie. Niech brzmi tak już zawsze.

Moje kochane, zdradzieckie, ubeckie i złodziejskie mordeczki – do zobaczenia!

#WolneSądy #ŁańcuchŚwiatła #FreeCourts

2017-07-20 09.47.07 1.jpg

Buszujący między wierszami: #Bezrzeczy – I

Buszujący w filmach: La La Land

Siedem Złotych Globów i czternaście nominacji do Oscara. Przed zobaczeniem tego filmu byłem święcie przekonany, że to jest jakiś żart. Ostatnio świat ma dziwne poczucie humoru – szczególnie na tematy polityczne. Chociaż bardzo lubię musicale, to byłem już pogodzony z tym, że Hollywood swoje złote musicalowe lata ma już za sobą i to od dobrych kilku dekad – nie wspominając tutaj, z tyleż bezczelną, co uzasadnioną premedytacją, o ekranizacjach spektakli muzycznych, które powstawały przez ostatnich kilkanaście lat. Chazelle popełnił dwa lata wcześniej małe, perkusyjne arcydzieło.  Czy tym razem, chociaż gatunek filmowy, po który sięgnął, już ledwo zipie, również udało mu się stworzyć coś wyjątkowego? Czy „La La Land” jest dobrze skomponowanym utworem, czy też może pełnym dysonansów i niekonsekwencji zgrzytem?

We are singing in the traffic jam 
Film rozpoczyna się pięciominutową, kręconą w jednym ujęciu, sekwencją tańca w korku na zjeździe z autostrady, tak do bólu cukierkowo-musicalową, że ktoś nielubiący tej konwencji ma ochotę zastrzelić projektor, a potem siebie. Nawet ja, filmy muzyczne lubiący, byłem o krok od rozpoczęcia poszukiwań pistoletu, a to już coś! I właśnie dlatego, po tych kilku minutach człowiek podskórnie czuje, że to będzie produkcja udana! Cała scena, a w zasadzie ujęcie, sygnalizuje też jedną istotną rzecz – czekają nas dwie godziny operatorskiego i montażowego majstersztyku. Szczególnie łatwo uzmysłowić to sobie już po seansie, patrząc na całość z odpowiedniego dystansu. Fabuła całego filmu podzielona jest na pory roku, każda z nich ma inny rytm, inną kolorystykę, inne brzmienie muzyki (co widać szczególnie po sztandarowym utworze tego filmu – „City of stars”), zmieniają się nastroje głównych bohaterów, przekształca ich relacja, a wraz z nią zmieniają się i ewoluują środki filmowego przekazu. Reżyser daje twórcom poszczególnych elementów wolną rękę, pozwala rozwinąć skrzydła, często w jaskrawy sposób, ale jednocześnie panuje nad wszystkim i czuwa, żeby nic nie wybijało się w niekontrolowany sposób.

LLL_D33_05656_R.JPG

Trójka głównych bohaterów
Tak, trójka – zdecydowanie. Mia (Emma Stone), Sebastian (Ryan Gosling) i muzyka! Wszystkich łączy prostota i trzymanie się z dala od szarżowania. A także to, że pozwalają sobie na pewne „brudy”. Nieczyste odrobinę dźwięki? Minimalne zgrzyty? Jak najbardziej! Ani trochę nie psuje to odbioru filmu – przeciwnie, sprawia, że tylko mocniej się im wierzy. Życie przecież nie jest skorygowane w żadnym programie do edycji. W wokalach Stone i Goslinga odbija się dziecinna nieomal szczerość z jaką kreują swoich bohaterów. I ta szczerość chwyta za uszy i serce! Tym bardziej, że chyba każdemu widzowi jest stosunkowo łatwo się z nimi utożsamić (ale o tym niżej).

O samej muzyce dodać należy tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, swoim klimatem pięknie nawiązuje do filmowej muzyki z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Zresztą pojawianie się w fabule filmowych klasyków z tamtych lat tylko podbija ten efekt. „Buntownik bez powodu” z 1955 roku, którego w pewnym momencie oglądają bohaterowie,staje się nie tylko pretekstem do wprowadzenia sceny w planetarium, ale też pewnego rodzaju drogowskazem dla sposobu w jaki film jest odbierany przez widza. Po drugie, podobnie jak kreacje aktorskie, kompozycje Hurwitza są po prostu szczere, zdarza im się wprawdzie wybuchnąć mnogością dźwięków i instrumentów, ale kiedy trzeba potrafią nieomal zaniknąć, stając się pięknym akompaniamentem dla dwójki ludzkich głównych bohaterów.

LLL_D26_04820.jpg
Kolektywna skrupulatność

W tym filmie szczególnie cieszą małe rzeczy. Od tych łatwo zauważanych, jak archaiczne logo na początku, czy cudowna, scenariuszowa klamra w wątku Mii– banalnie prosta, jakby żywcem wyjęta z podręcznika scenopisarstwa, ale pięknie domykająca rozwój jej postaci, po mniej uchwytne, jak idealnie dobrane barwy oświetlenia, scenografii i kostiumów. Użyte kolory dopełniają się perfekcyjnie, często zestawiają w kontrastowy, ale uzupełniający sposób – widać to szczególnie na migawkach z przesłuchań Mii, czy w krótkim ujęciu spaceru, gdzie podmurówka jednej z kamienic ma dokładnie taki sam kolor jak apaszka głównej bohaterki. Owa drobiazgowość zauważalna jest też w prostych, ale efektywnych choreografiach. Scena ze wschodem słońca po imprezie i ławką – mistrzostwo! Pozornie, przez sporą część układu, zbyt wiele się tam nie dzieje, ale drobne gesty i reakcje bohaterów tworzą naprawdę udaną całość – nie wspominając już po raz kolejny o tym, jak ta scena pięknie gra kolorami. Osoby odpowiedzialne za zdjęcia, oświetlenie, kostiumy i scenografię wykonały naprawdę kawał dobrej roboty! Nie powinna zatem dziwić liczba nominacji do Oscara, szczególnie w „technicznych” kategoriach, bo każda ze składowych tej kinematograficznej całości to małe dzieło sztuki.

LLL_D09_01624_R.jpg

Here’s to the fools who dream
Historia, którą poznajemy, nie jest skomplikowana. Było takich już wiele, powstanie pewnie milion kolejnych. Profile bohaterów są tak typowe, że bardziej się nie da. Bo cóż oryginalnego może być w marzącej o aktorstwie dziewczynie, która pracuje w kawiarni w Los Angeles? Albo w zdolnym instrumentaliście z ambicjami, który nie uznaje w muzyce pójścia na łatwiznę i chałturzenia? Odpowiedzieć można krótko – oryginalnego nie ma zupełnie nic. I paradoksalnie to jest siła tego filmu. Jego prostota, to że uderza w najzwyklejsze emocjonalne struny, ale trącając je, wydobywa możliwie jak najczystsze dźwięki. Dźwięki, które każdy jest w stanie poczuć i zrozumieć bez większego problemu. Bo kto z nas nie marzył? Ten film oddaje hołd nie tylko klasycznym musicalom z fabryki snów, ale też wszystkim artystycznym duszom, marzycielom, tym, którzy błąkają się wiecznie z głową w chmurach. Pokazuje siłę marzeń, to, że warto o nie walczyć, ale też drugą ich stronę, tę mniej słodką, że każde, najwspanialsze nawet marzenie ma cenę, którą prawdopodobnie trzeba będzie zapłacić. Nie jest przy tym bezwzględny i brutalny. Jest zbliżony mocno do życia, na tyle mocno, że nawet nierealne sceny są podświadomie traktowane w metaforyczny sposób. W lataniu pod kopułą planetarium nie ma nic przesadzonego, tak samo w tańcu przy malowanych dekoracjach. Reżyserowi udało się odnaleźć brzmienie które długo odbija się echem w sercu widza…

„Here’s to the ones who dream
Foolish, as they may seem
Here’s to the hearts that ache
Here’s to the mess we make.

xLLL_D35_05828_R2.jpg

„La La Land” jest jak wyrafinowany jazzowy kawałek – bardzo łatwo go nie docenić, nastawiwszy się na prostą harmonię. Ale jeżeli wsłuchać się we wszystkie tony, z których jest skomponowany – nie sposób się nim, po prostu, nie zachwycić. Wszystkie jego elementy, scenografia, kostiumy, zdjęcia, muzyka, montaż, obsada – współbrzmią w sposób ocierający się o doskonałość. Takich musicali się już nie robi i w zasadzie nigdy tak do końca nie robiło. Trzeba być szaleńcem, żeby w XXI wieku popełnić coś takiego – na szczęście Chazelle ma nierówno pod sufitem, co już udowodnił dwa lata temu pokazując nam „Whiplash”. A na dodatek potrafi złożyć hołd złotej erze hollywoodzkiego musicalu, jednocześnie nie wpadając w zgubne naśladownictwo. Oby tak dalej!


OCENA: ♦♦♦♦♦♦♦♦♦◊ 9/10

Festival Poster.jpg

Buszujący w zbożu: Leśmianijmy!

Ciężko mi pisać o polityce i sprawach związanych z nią nawet niebezpośrednio. Ale czasami najzwyczajniej w świecie się nie da. Czasami, jeżeli jest się świadkiem decyzji lekkomyślnych, czy wręcz bezmyślnych, trzeba po prostu jakoś zareagować. Dlatego reaguję!

Reaguję nie bez powodu. „Leśmiangate” z ostatniego tygodnia przypomniało mi sytuację z roku 2012, kiedy to, niedługo po pogrzebie naszej noblistki, posłanka jednej z partii politycznych wypowiedziała takie oto słowa:

Z całym uznaniem dla urody wielu rodzajów i gatunków literackich Wisławy Szymborskiej, to ona bawiła się słowami, ale ta zabawa mogła się odbyć gdziekolwiek. Ja w jej wierszach nie gustowałam, bo dla mnie ważniejsze jest, aby poeta towarzyszył Polakom w trudnych chwilach narodu. Wisława Szymborska nie towarzyszyła nam w odzyskiwaniu Polski, w odzyskiwaniu suwerenności. Nie pamiętam jej poezji, która by porywała. (…) Wisława Szymborska kojarzy mi się z Noblem, ale nie kojarzy mi się z Polską, z polską wierzbą, nie kojarzy mi się ani z polską przyrodą, ani polską historią. (…) Poeta ma swoje obowiązki wobec kraju i narodu.

Aż chciałoby się złośliwie sparafrazować i zadedykować jej fragment „Kwiatów polskich” Tuwima:

„Przywróć jej chleb z polskiego pola,
przywróć jej trumnę z polskiej sosny.”

lub już wprost, bez parafrazowania:

Pysznych pokora niech uzbroi,
Pokornym gniewnej dumy przydaj.
Poucz nas, że pod słońcem Twoim
„Nie masz Greczyna ani Żyda”.
Puszącym się, nadymającym
Strąć z głowy ich koronę głupią,
A warczącemu wielkorządcy
Na biurku postaw czaszkę trupią.

Po czymś takim człowiekowi pozostaje mieć nadzieję, że to było jednostkowe, że się nie powtórzy, że przecież są jakieś granice. Niestety ostatnie wydarzenia pokazują, że najwyraźniej granic nie ma. 

Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, że jeden z oryginalniejszych poetów, jakich zrodziła nasza Ojczyzna, jest ignorowany w tak bezczelny sposób. Dlaczego? Dlatego, że był żydowskiego pochodzenia? Że jego życie prywatne może dalekie było od chrześcijańskiej poprawności? Że wizja Boga, którą proponował, nie zawsze się pokrywa z tym, w co radykalnie myślący ludzie chcieliby wierzyć? Bo jego Bóg, jeżeli akurat istnieje gdzieś poza umysłem człowieka, jest ludzki? Naprawdę nie rozumiem. Niedoceniony w pełni za życia, musiał czekać na lepsze czasy, które nadeszły pod koniec XX wieku, kiedy jego poezja zaczęła na nowo fascynować i wzruszać serca i umysły. Teraz znowu strącany z należnego mu miejsca. I to najwyraźniej wyłącznie dla zasady, przez ludzi, którzy prawdopodobnie nie podjęli nawet trudu pochylenia się nad jego twórczością. Albo, co gorsza, nie spojrzeli na nią w holistyczny sposób, a jednostkowe jej przykłady wydały im się uznania niegodne. 

Nie obrażając nikogo ani nie umniejszając wartości, myślę, że tego typu zachowania, niemożność obdarzenia drugiego człowieka szacunkiem, walka z autorytetami, które są niewygodne itd., są często, niestety, wynikiem kompleksów  i świadomości własnej niewielkości. Ktoś, zdający sobie sprawę z tego, że nigdy nie będzie wystarczająco wielki, po prostu strąca z postumentów przewyższających go ludzi i symbole. 

Niedługo Święto Niepodległości. Pewne środowiska chciałyby nam wmówić, co jest dobre, a co nie. Co jest polskie, a co obce. Co jest dobrego, a co gorszego sortu. Zapominając przy tym całkowicie, że historia naszej Ojczyzny to nie jest prosta, biało-czerwona szarfa z haftowanym krzyżem, ale bogato zdobiony arras utkany z miliardów jednostek, bilionów myśli i poglądów, tysiąca odcieni i zdarzeń. Że wplecione w jego osnowę ludzkie nici miały różne historie własne, różne przeżycia, doświadczenia, wyznania, orientacje, czy kolory skóry i oczu. I że to właśnie z tej różnorodności wzięło się bogactwo dziedzictwa, którego strażnikami i współtwórcami powinniśmy być teraz. No właśnie, strażnikami – nie cenzorami. 

Jeżeli nie pozwolono nam oficjalnie świętować Roku Leśmiana, każdy komu nieobojętna jest jego twórczość, powinien na własną rękę to uczynić. Przeżyć swój własny rok tego poety,  uczcić i uhonorować jego pamięć. Marzy mi się, żeby wśród moich znajomych i bliskich mi osób przez najbliższe 12 miesięcy regułą stało się wrzucanie na Facebooka ulubionych wierszy i fragmentów poematów. Dlatego pozwalam sobie wszcząć małą Leśmianobelię. Począwszy od tego tygodnia, dwa lub trzy razy w miesiącu mam zamiar dzielić się z bliskimi mi ludźmi jego wierszami, opatrując posty tymi tagami: 
#mojwlasnyroklesmiana #2017roklesmiana.

Jeżeli ktoś z Was myśli i czuje podobnie – zapraszam! Leśmianijmy! Zawierszowujmy! Szanujmy!

Do zobaczenia niebawem!


Stanislaw Lesmian

Buszujący w górach: Babia Góra (Diablak)

Podobno jest kapryśna i humorzasta. Bywa wredna. Wiele osób narzeka na zmienność warunków atmosferycznych na szczycie – podobno większą niż na okolicznych górach. Widywałem nie raz i nie dwa zdjęcia panoram zrobione z Babiej przedstawiające… w zasadzie nic nieprzedstawiające – poza mgłą. Czy jednak Diablak naprawdę jest taki straszny, jak go malują?

Jeżeli ktoś czytał mój pierwszy górski tekst („W górach jest wszystko…”), wie, że mam całkowicie uzasadnioną słabość do Beskidu Żywieckiego. I o ile w ogólnie pojętych górach jest dla mnie po prostu wszystko, to w tych rozciągających się od Przełęczy Zwardońskiej do Pasma Orawsko-podhalańskiego zdecydowanie jest wszystko, co kocham. I to nie tylko dlatego, że są drugimi co do wysokości w Polsce, a w wygrywających tę konkurencję Tatrach bywałem jak na razie niezbyt często.

IMG_7675.jpg

Moja fascynacja tym regionem, szczególnie jego Królową, bierze się też z tego, że wiąże się z wieloma pierwszymi razami. To Babia była pierwszą górą, na którą wszedłem po długiej przerwie, to na niej zobaczyłem po raz pierwszy w górach wschód słońca, a także jego zachód (o czym za chwilę). Powrót na nią był nieunikniony. Znam ludzi, którzy przynajmniej raz w roku starają się znaleźć dzień, żeby Królową odwiedzić, powoli zaczynam się do nich zaliczać.

Jak większość moich ostatnich wyjazdów w góry ten również był bardzo spontaniczny. Co prawda już od jakiegoś czasu Babia była w planach, ale były one mało konkretne. Pomimo tego czteroosobowa ekipa uzbierała się dosyć szybko. Pierwotnie mieliśmy wyjechać wczesnym rankiem, ale ostatecznie zdecydowaliśmy spróbować szczęścia i pojechać na zachód słońca. Nigdy wcześniej takowego w górach nie widziałem, a doświadczenie tego po raz pierwszy właśnie tam było dla mnie bardzo symboliczne. Zawsze byłem sentymentalny, a dodatkowo lubię pewnego rodzaju klamry, domknięcia historii, powtórzenia miejsc i motywów, ale w innej ”aranżacji”. Doceniam je na ogół przede wszystkim w książkach i filmach, ale jeżeli zdarzają się też w moim życiu, to raczej nie protestuję. Tak więc, za namową Weroniki, pojechaliśmy na zachód słońca. Było to ciut ryzykowne, bo prognoza pogody nie wróżyła niczego dobrego. Jak wiadomo w góry latem jest o wiele bezpieczniej i pewniej (jeżeli chodzi o warunki atmosferyczne) wybierać się rano. Po południu na dwoje babka wróżyła. A Babia co najmniej na czworo. Starałem się nie sprawdzać pogody już w drodze i zachować entuzjazm, ale dojechawszy do Zawoi i zobaczywszy nad Królową gęste, czarne chmury, trochę straciłem rezon. Ostatnio utarło się, że robię za inicjatora wycieczek w góry, ale tego dnia nie byłem do końca pewien, czy to był dobry pomysł. Ostatecznie uznaliśmy, że wejdziemy do schroniska na Markowych Szczawinach, a tam zdecydujemy co dalej. Tak, próbowaliśmy chociaż tyle uratować z tego wyjazdu i dwóch godzin spędzonych w samochodzie.

IMG_7673.jpg

Nie lubię wracać na te same szlaki w krótkich odstępach czasu. Dlatego tym razem wybrałem dla nas zielony szlak z Zawoi w stronę schroniska PTTK, a stamtąd żółty, przez Perć Akademików (link do szlaku). Fakt, że mijaliśmy tylko schodzących z góry ludzi, a nikogo idącego w tę samą stronę co my, nie napawał optymizmem. Jak to na Babiej, wisiało w powietrzu niewyraźne widmo zołzowatości Królowej.

IMG_7681

Szlak zielony zaczyna się w Markowej (dzielnica Zawoi) obok parkingu i budki z pamiątkami, w której też kupuje się bilety wstępu do Parku Narodowego, a osoby zbierające pieczątki do Górskiej Odznaki Turystycznej mogą sobie takową wbić do książeczki (leży na stole przed budynkiem). Początkowo szlak biegnie utwardzoną drogą, po około trzech kilometrach droga się jednak kończy, a zaczyna ścieżka ułożona z topornych kamieni, co jakiś czas tworząca nieregularne i niefizjonomiczne stopnie, wprost idealne, żeby przy odrobinie nieuwagi połamać sobie na nich nogi (nie dziwi zatem dróżka wydeptana na ziemi obok szlaku, przez większość jego długości). Jak to w górach, jest stromo, momentami nawet bardzo stromo, nie powinno to jednak nikogo dziwić. Różnica wysokości pomiędzy parkingiem a szczytem Babiej to trochę ponad kilometr. Niemniej jednak można się na tym odcinku solidnie zmęczyć, a pytania z serii „Daleko jeszcze?” stają się w pewnym momencie normą, szczególnie gdy w głowach rysuje się obraz ławki przed schroniskiem, posiłku i chwili odpoczynku. Udało nam się jednak bezpiecznie i dosyć sprawnie wejść na górę. Pogoda okazała się wystarczająco dobra żeby próbować iść dalej. Początkowo szlak żółty jest utwardzoną drogą używaną przez ratowników, prowadzącą do lądowiska. Po chwili jednak znowu zaczynają się nieszczęsne kamienie, na dodatek niedające się w żaden sposób ominąć. Głównie ze względu na jagody rosnące po obu stronach, mnóstwo jagód. Szlak żółty zdecydowanie różni się od zielonego. Jest jeszcze stromiej. Bywa też ślisko, bo kilka razy droga przecina strumyki i kamienie mogą okazać się zdradliwe. W pełni rekompensują to jednak widoki. Po jakimś czasie las zaczyna się przerzedzać, dookoła rosną ciągle jeszcze jagody, sporadycznie wyrastają paprocie i jarzębiny, ale pod pewnymi względami otoczenie robi się trochę egzotyczne. Nad tym wszystkim góruje grań, którą biegnie Główny szlak Beskidzki, i którą parę godzin później będziemy wracać. Oczywiście największą atrakcją tego szlaku jest odcinek ze sztucznymi udogodnieniami. Zaczyna się niewinnie, skalistą półeczką, długości paru metrów. Łańcuch przyczepiony do ściany jest w zasadzie czysto symboliczny, da się spokojnie tamtędy przejść bez żadnej pomocy. Ciekawiej jest później, gdy podtrzymując się łańcuchem i wbitymi do skały metalowymi szczeblami, trzeba wchodzić po pionowej ścianie. Każda osoba, nawet mająca lęk wysokości (Karolina może potwierdzić), jest w stanie przebyć ten odcinek bez większych trudności. Daleko tym skałom do Orlej Perci, ale mimo to wędrówka tamtędy jest bardzo ekscytująca, malownicza i niesamowicie satysfakcjonująca. Chyba w każdym odżywa tam trochę małe dziecko. We mnie odżyło i mówię to z ręką na sercu: jest to zdecydowanie moje ulubione wejście na Babią Górę.

IMG_7689.jpg

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy i po chwili znowu trzeba iść po zwykłej ścieżce, choć ze względu na roztaczające się dookoła widoki ciężko nazwać ją zwyczajną. Dookoła kwitną trawy, których liście prześwietlają lekkie promienie zachodzącego już powoli słońca. Na horyzoncie rysuje się Jezioro Żywieckie. W dole widać malutkie kwadraciki zabudowań i kojące połacie lasów. A przed wchodzącym rysuje się skalisty szczyt góry, wyglądający trochę jak stos ofiarny ułożony przez dawno wymarłe plemię olbrzymów. „Majestat” to chyba jedyne słowo przychodzące mi w tym momencie na myśl i bardzo do Królowej pasujące. Ona jest majestatyczna, w każdym tego słowa znaczeniu. Tytuł, który nosi, nie jest czysto grzecznościowy.

IMG_7697.jpg

Na szczyt dotarliśmy niecałą godzinę przed zachodem. Mieliśmy zatem wystarczająco dużo czasu, żeby rozejrzeć się dookoła, odpocząć, zjeść podwieczorek i… zmarznąć. Nie zrozumcie mnie źle, pogoda okazała się zaskakująco łaskawa. Chmura, która zmroziła mi krew na dole, całkowicie się rozwiała. Niestety jednej rzeczy na Babiej można być w zasadzie zawsze pewnym – wiatru. Zacinało niemiłosiernie. I chociaż temperatura była względnie wysoka, to ta odczuwalna potrafiła przyprawić o lekką gęsią skórkę. Nie byliśmy sami na szczycie, była z nami grupa uczniów, którzy rozbili namioty po słowackiej stronie, kawałek poniżej szczytu. Nie pozostało nam nic innego, niż czekać na godzinę zero.
Może nie był to najbardziej spektakularny zachód słońca, jaki widziałem, bo niestety chmury w dużym stopniu zmniejszyły jego widowiskowość. Słońce szybko przemknęło  za nimi i tylko kilka razy znalazło przerwę, żeby się pokazać, zanim zniknęło całkowicie. Mimo to było niezwykle. Jak już wspomniałem, jestem sentymentalny i zachód słońca akurat na tej górze miał dla mnie duże znaczenie.

14067490_10206982854198638_8560599039295654013_n.jpg

Wiedząc, że nie ma już sensu dłużej siedzieć na górze, bo przez chmury i tak nic więcej nie zobaczymy, i chcąc skorzystać jeszcze z resztek dziennego światła, ruszyliśmy w drogę powrotną w stronę Przełęczy Brona. Trójkolorowy szlak idący granią jest całkiem przyjemny, pokonaliśmy go błyskawicznie, kiedy jednak zeszliśmy na ten, oznaczony kolorem czerwonym trzeba było już uważać. I przede wszystkim wyciągnąć latarki. Zrobiło się ciemno. Jest coś niesamowitego w górskim lesie nocą i coś bajkowego, gdy po wędrówce w ciemności, dostrzega się światła schroniska, ciepłe, zapraszające i gościnne. A mówię o wędrówce bezpiecznym szlakiem w środku lata. Takie samo odczucie wzmocnione niekorzystnymi warunkami musi być czymś rzeczywiście cudownym. Postanowiliśmy nie tracić czasu i nie zatrzymywać się w schronisku tym razem. Minęliśmy ten „Ostatni przyjazny dom” i gawędzących na tarasie ludzi, pijących kawę i piwo i ruszyliśmy w ciemność. Znowu szlakiem zielonym, tym samym, którym wcześniej weszliśmy na górę. Trzeba uważać na nim na oznaczenia, szczególnie na dolnym odcinku, lubią znikać z oczu albo znajdować się w całkowicie nielogicznych miejscach. Ze względu jednak na ścieżkę z kamieni ciężko tam zabłądzić, gorzej na krótkich ziemnych odcinkach. Można też trafić na osoby wchodzące na górę bez światła, nagle wyskakujące zza rogu, przeżycie godne polecenia, szczególnie fanom horrorów. W dobrej ekipie droga mija szybko i sprawnie, nie wiedzieć kiedy dotarliśmy do ostatniej prostej, do wspomnianego na samym początku utwardzonego odcinka. W ciemności sprawia on niepokojące wrażenie. Jest długi, jednostajny, nieurozmaicony i monotonny. Idąc nim, ma się wrażenie, że idzie się po zapętlonej drodze. Zupełnie jakby jakieś złe duchy, siły o wiele potężniejsze od człowieka, wrzuciły go do czegoś w rodzaju kółka dla chomików. Kiedy już zaczęliśmy się tym uczuciem denerwować, daleko z przodu pojawiły się pierwsze światła. Parking był tuż tuż.

W tym miejscu warto zaznaczyć jedną rzecz. Górski las nocą, jak już napisałem, ma w sobie coś magicznego i groźnego. Paradoksalnie jednak, czułem się tam o wiele bezpieczniej niż nocą na ulicach na przykład Krakowa. To uświadamia, że często my – ludzie, jesteśmy dla siebie nawzajem największym zagrożeniem. A natura ma w sobie coś pierwotnie sprawiedliwego i jeżeli tylko Ty nie wyrządzisz jej krzywdy, to ona Ciebie zostawi w spokoju. I chyba to, co najbardziej w wędrówkach po górach lubię, to właśnie to zakorzenione gdzieś głęboko poczucie bezpieczeństwa i przynależności.

IMG_7711.jpg

Babią mogę polecić i polecał będę zawsze. I to nie tylko ze względu na moje doń uczucie. Ona naprawdę jest po prostu piękna i różnorodna, a roztaczające się z niej widoki, o każdej porze dnia i roku, niezależnie od pogody (nie licząc stuprocentowego zamglenia) są na swój sposób wyjątkowe. Na pewno będę tam wracał. I do odwiedzania Królowej zachęcam. Jest warta każdej spędzonej tam minuty. I chociaż czasami człowiek ma jej serdecznie dosyć, może nawet wraca do domu z przeświadczeniem, że jego noga już nigdy tam nie postanie, to po jakimś czasie wszystko to co negatywne blednie. Nie słyszy się już żadnych głosów przeciw, tylko ciche, choć stanowcze wołanie Królowej, by kolejny raz oddać jej hołd. I niezależnie od wszystkiego wsiada się w samochód i rusza. Bo Babia wzywa. Cieszę się, że mogę być jej poddanym.


Pozostałe teksty o górach: „Buszujący w górach„.

Buszujący w filmach: Legion Samobójców

Planowałem napisać wstęp do tej recenzji jeszcze przed zobaczeniem filmu, żeby na spokojnie określić, czego mniej więcej oczekuję, i potem móc to skonfrontować z wrażeniami po wizycie w kinie. Cóż – nie wyszło. Głównie dlatego, że nie oczekiwałem zbyt wiele, choć jestem fanem ekranizacji komiksów, zarówno DC Comics, jak i Marvela. Na jednej rzeczy zależało mi jednak bardzo – na olbrzymiej ilości czarnego, brudnego i niestosownego humoru a także nie mniejszej dawce sarkazmu i ironii jak np. w „Deadpoolu”. Zwiastuny sugerowały, że to dostanę. Czy wyszedłem z kina nasycony?

Antybohaterowie?
Założenie jest banalnie proste. Mamy takiego, dajmy na to, Supermana, któremu w pewnym momencie woda sodowa uderza do głowy i zamiast pomagać zaczyna „gwiazdorzyć” i staje się wszystkim tym, z czym próbował walczyć. Jak go powstrzymać? Czy to w ogóle możliwe? Kto nas, biednych i uciśnionych, ochroni? Jeżeli nie ma bohaterów, to może w takim razie ich zaprzeczenie? Wiem, że to w gruncie rzeczy brzmi idiotycznie, ale sprawdziło się w komiksie i sprawdza jako punkt zapalny filmu. Pytanie tylko, czy wystarczająco długo?

Suicide-Squad-Logo-Wallpaper-suicide-squad-38660575-1440-900.jpg

Will Smith, jako Deadshot nie jest tylko bezwzględnym, perfekcyjnym zabójcą – jest też ojcem, któremu na sercu leży los córki. Potrafi bez mrugnięcia okiem zamordować kilkadziesiąt osób, a mimo to kochać i odczuwać tęsknotę. Chociaż sam siebie nazywa socjopatą, to jego dziecko częściowo niweluję tę maskę. Smithowi udało się pokazać te dwie skrajności w całkiem przystępny sposób.

Jai Courtney , jako Boomerang, jest postacią całkiem ciekawą. Jak na „tego złego” przystało: dwulicowy i lubi podpuszczać innych. Perfekcyjny złodziej. Ma jednak pasję, rozczulającą na dodatek – lubi różowe, pluszowe jednorożce. Tak… Nie było go na ekranie wystarczająco dużo, żeby móc go ocenić sprawiedliwie. Poczekam na drugą część, choć w tej poradził sobie nieźle. Przy okazji: Slipknot, jego kolega z legionu, dostaje ode mnie wirtualnego Oscara w kategorii: Największy debil pierwszoplanowy.

Jay Hernandez nieźle spisał się w roli el Diablo. Metaczłowiek, który wcale nie chce swojego daru, uważa go za szatański. Zresztą moc, którą dysponuje, jest iście diabelska. Żyjący miotacz ognia, który często nie panuje nad swoimi emocjami i wybucha. Niestety, musiał zapłacić bardzo wysoką cenę za to, kim jest, i minie sporo ekranowego zanim faktycznie stanie się aktywnym członkiem drużyny.

Katana – grana przez Karen Fukuharę – jest… Ciężko powiedzieć. Postać trochę zmarnowana. Podoba mi się jej historia – bardzo! Motyw samurajskiego miecza, który pożera dusze jest super, a wiążąca się z ową bronią komplikacja, dotycząca jej życia prywatnego, o której nie chcę tu wprost napisać, daje olbrzymie pole manewru. Niestety ktoś tutaj nie wyrobił na zakręcie… Przy czym raczej był to scenarzysta, nie aktorka.

Rick Flag, grany przez Joela Kinnamana… A nie, wróć, „grany” to za duże słowo… Jakby to inaczej powiedzieć? O! Wyobraźcie sobie dowódcę oddziału. Dowódcę słusznej postury, wyglądającego na żołnierza i w ogóle – pełen profesjonalizm! A teraz weźcie owego dowódcę i zróbcie z niego zapchajdziurę (wina scenarzystów), która lata po ekranie, przez większość czasu z miną (Oooo! On ma mimikę!) jakby miał się za chwilę popłakać, bo mu dziecko zabrało grabki w piaskownicy (wina „Aktora”). Mniej więcej tak prezentuje się ta postać. Romeo od siedmiu boleści. Aż dziw, że nie zginął. W sumie to szkoda…

Z jednej strony uczłowieczanie złoczyńców, z jakim mamy do czynienia – pokazywanie tego, że w gruncie rzeczy są ludźmi, często z naprawdę poważnymi problemami, jest interesujące. Z drugiej jednak pazur, który było widać w zapowiedziach został dosyć mocno przytępiony. Zabrakło mi w tym wszystkim dynamiki i pójścia na całość. Miałem wrażenie, że twórcy chcieliby zrobić więcej, ale z jakichś powodów (czyżby to wina PG-13?) byli w swoich działaniach bardzo asekuracyjni. Tego typu film, już na etapie pisania scenariusza, powinien zostać zaklasyfikowany jako film dla dorosłych i z myślą o nich stworzony. Wiem, że wtedy bardzo mocno studio dostałoby po kieszeni, dlatego że rzesze nastolatków nie poszłyby do kina (bo oczywiście, bilety kupuje się z dowodem w ręce i kategoria R odstraszyłaby kogokolwiek – no na bank), ale przynajmniej miałoby to sens. Czy da się zrobić naprawdę dobry – nie twierdzę, że ten film jest zły, chodzi mi po prostu o lepszą jakość – film o bandzie morderców, złodziei, socjo-  i psychopatów, walczących z jeszcze gorszymi (w teorii) szujami dla trzynastolatków? Niech każdy sobie odpowie na to pytanie sam.

Czarniejsze charaktery
Antagoniści to, niestety, bardzo ciężkostrawny element filmu. I nie mam na myśli całej tej mistyczno-magicznej otoczki Enchantress, która robi z fabuły jedną wielką bajeczkę, takie trochę skrzyżowanie „Avengersów” i „Pogromców duchów” (zdecydowanie wolę, kiedy komiksy na ekranie przybierają bardziej realistyczne formy – jak u Nolana). Problemem jest po prostu obsada. Cara Delevingne, jako Enchantress, jest tak brutalnie bezpłciowa, że naprawdę ciężko byłoby ją w tej nijakości przebić. Już nawet nie utyskuję, że nie budzi grozy i respektu – ona jest po prostu śmieszna w tym co robi. A, co gorsza, widać, że śmieszną być nie chciała i za wszelką cenę próbuje wykrzesać z siebie olbrzymie pokłady mroku – ja nie zobaczyłem nawet iskierki.

cara-delevingne-enchantress-suicide-squad.jpg

Gdy doda się do tej mieszanki jeszcze jej brata, o którym dowiadujemy się tyle, co nic (The Incubus?!), którego jedynym zadaniem jest chodzić po mieście i dokonywać demolki, to otrzymujemy całkowicie miałki tandem.

Twarz antagonistom ratuje Viola Davis, która jest bardziej czarna niż tamta dwójka skopiowana 50 razy i razem wzięta – jakkolwiek rasistowsko to zabrzmiało. Co prawda zalicza się do „tych dobrych”, ale z drugiej strony. Czy jakakolwiek postać  w tym filmie daje się tak po prostu zaszufladkować?

Harley Quinn
Niestety nie wytrzymałem i przeczytałem inne recenzje, zanim zabrałem się za pisanie własnej. Zajrzałem do dwóch  na najbardziej popularnych, polskich portalach filmowych. I w każdej z nich recenzenci krytykują Margot Robbie za to, że – UWAGA – przerysowała swoją postać. Pozwólcie, że zanim będę kontynuował, uczczę to minutą ciszy…

No, to skoro minuta już minęła: Jakie przerysowanie?! – aż dziw bierze, że nie napisałem tego z włączonym Caps Lockiem. Czy postać taka jak Harley Quinn może w ogóle zostać przerysowana? To trochę tak, jakby zarzucać Ledgerowi, że w trylogii Nolana „przerysował” Jokera. Ba! Powiem więcej, liczyłem na to, że dziewczyna Jokera będzie jeszcze bardziej rąbnięta. W moim odczuciu, jeżeli można mieć jakiekolwiek pretensje z nią związane, to co najwyżej o to, że czasami właśnie za bardzo „normalnieje” i o to, że jest jej na ekranie za mało. To ona ożywia ten film i wbrew pozorom nie robi tego samym seksapilem (żeby nie napisać wprost: półnagim tyłkiem), ale właśnie nieobliczalnym, mrocznym – a jednocześnie wrażliwym – charakterem. Chyba nie mogłem sobie lepszej Harley Quinn wyobrazić. I mam nadzieję, że w kontynuacji pojawi się znowu. Owszem, jest zdrowo popieprzona, ale w wiarygodny sposób. Zresztą, biorąc pod uwagę jej historię, ciężko aby była normalna… Więzienna psycholog, zakochana w pacjencie, któremu brakuje kilku klepek – jeżeli w ogóle miał i nadal ma jakiekolwiek – i która dla niego jest w stanie zaryzykować wszystko: karierę i swoje życie (no, nie tylko swoje). A mimo to w dalszym ciągu pozostaje kobietą, marzącą o założeniu rodziny, chcącą Jokera „spantoflić”. Postawiona przed tak dużą ilością skrajnych sytuacji i emocji osoba nie jest w stanie być normalna na dłuższą metę.

Joker
Jareda Leto lubię, w zasadzie jakiegokolwiek zadania aktorskiego by nie dostał, to wychodzi z niego obronną ręką. Przyznam, że szedłem na ten film w dużej mierze z powodu Jokera. Chciałem zobaczyć co też Leto zmajstruje tym razem – szczególnie, że jego poprzednicy postawili poprzeczkę naprawdę wysoko. Zbyt wysoko….

W moim odczuciu nowy Joker nie wie do końca kim chce być. Brak mu wyraźnego i wyrazistego charakteru. Samym wariactwem tej postaci nie sposób zbudować. Nie przekonał mnie w żaden sposób do siebie, nie uwierzyłem mu. Poza tym w filmie połowa postaci ma problemy emocjonalne i psychiczne, dlatego na ich tle zielonowłosy w ogóle się nie wyróżnia. Wariat wśród wariatów. Po seansie szczerze się cieszyłem, że było go tak mało. Choć z drugiej strony. Może gdyby dać mu więcej czasu ekranowego, to byłby w stanie się sprzedać widzowi? Tego się nie dowiemy. Przynajmniej nie w tej części.

suicide-squad-movie-villains.jpg

Legion twórców
Pod względem technicznym film prezentuje się dobrze. Scenografia jest klimatyczna. Wraz z pozostałymi filmami na podstawie komiksów DC tworzy jednolitą stylistycznie całość. Choć, przez większość filmu, ciężko mówić o jakieś cudownej twórczości scenografów. Wszystko to, co widzimy, jest przybrudzoną wersją normalnego, dużego miasta. Jednak kiedy mamy do czynienia z kulminacyjnymi scenami i oglądamy miejsca zniszczone przez antagonistów, to widać z jaką skrupulatnością zostało wszystko odwzorowane (rozmiar i rodzaj zniszczeń itd.). Ciężko tego nie docenić.

Kostiumy idealnie pasują do większości bohaterów, nie są dosłownymi odzwierciedleniami tego co w komiksach. Razi mnie trochę stylizacja Jokera. Ni to gangster, ni to gwiazda rocka – jest to też pewnie jedna z przyczyn tego, że ta postać ostatecznie okazała się nijaka – wszystkiego jest w niej za dużo. Wszystkiego poza wyraźnym nań pomysłem.

Efekty specjalne przez większość filmu nie rażą. I w zasadzie ciężko napisać o nich cokolwiek więcej. Wszystko to zostało okraszone dobrą muzyką, która pomaga budować film, nie jest tylko obowiązkowym dodatkiem. To i wszystkie wymienione wyżej cechy czynią z „Legionu samobójców” film po prostu dobry. Może nie rozkłada na łopatki, momentami potrafi nieźle zirytować, ale, ogólnie rzecz biorąc, ogląda się go przyjemnie.

suicide-squad-movie-image.jpg

Podsumowanie
Nie uważam tych dwóch godzin w kinie za czas zmarnowany – przeciwnie, bawiłem się całkiem nieźle. Niestety za mało dostałem tego, o czym wspomniałem na samym początku, a na co bardzo liczyłem. Wynika to, niestety, z kategorii wiekowej i zamiast psioczyć, powinienem się z tym po prostu pogodzić. Warto dać temu filmowi szansę. Jako źródło „bezmyślnej” rozrywki radzi sobie całkiem, całkiem. A koncept całości, na szczęście, bronił się do samego końca.


♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ◊ ◊ ◊ 6/10

Plusy:
Harley Quinn, El Diablo, scena nawiedzenia w metrze, sposób przedstawienia głównych bohaterów i wielowymiarowość ich charakterystyk, zawiązanie intrygi, zdjęcia i scenografia, scena po napisach – zapowiedź przyszłorocznej „Ligi Sprawiedliwych”, muzyka.
Minusy:
Miałkie czarne charaktery, lekkie spadki dynamiki, brak charyzmy u dowódcy Legionu, mało widowiskowa kulminacja, no, Joker niestety…


Buszujący w książkach: Siedem minut po północy

„Opowieści są ważne – stwierdził potwór. – Czasami potrafią być nawet najważniejsze. Jeśli tylko niosą ze sobą prawdę.”

Te słowa to jedne z wielu na temat opowieści, które padają w książce Patricka Nessa. Książce dla dzieci! Choć, patrząc na jej okładkę i ilustracje, można by odnieść wrażenie, że najmłodsi są ostatnimi, którzy powinni mieć z nią styczność. Czy to wrażenie jest uzasadnione? A jeżeli nie, to czy również dorośli są w stanie ową książką się w jakiś sposób nacieszyć?

Autorzy
Okoliczności powstania „Siedmiu minut po północy” są nietypowe. Patrick Ness napisał książkę, ale jej nie wymyślił. Koncept całości, wraz z postaciami, został stworzony przez Siobhan Dowd – autorkę książek dla młodzieży. Dlaczego sama nie podjęła się dokończenia własnej historii? Nie zdążyła. Zmarła 21 sierpnia 2007 roku, przegrywając walkę z rakiem. Jest to informacja o tyle istotna, że matka Connora – głównego bohatera opowieści – również choruje na nowotwór. Ness został poproszony o dokończenie książki. Sam jednak przyznaje w słowie wstępnym, że nawet nie próbował naśladować stylu swojej poprzedniczki. Wziął nasionko, które zostawiła, i pozwolił mu wykiełkować na jego własnym gruncie. Wszak, jak stwierdza w pewnym momencie Connor: „Opowieści to dzikie bestie, które zawsze chodzą swoimi drogami.” Miał jednak jedno marzenie, jeden cel – starał się napisać książkę, która przypadłaby Dowd do gustu. I owe starania widać – nie jest to nachalna próba zadowolenia wszystkich, ale pełna pokory i spokoju chęć opowiedzenia dobrej i wartościowej historii. Historii, która wciąga czytelnika.

a-monster-calls-1

Connor
Dzieciństwo bywa niełatwe. Szczególnie jeżeli jest się osobą, która tłumi w sobie emocje, żyje w swoim własnym, zamkniętym świecie – niezależnie od tego, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Bycie wrażliwym uznawane jest za słabość, a niepozorność często prowadzi do społecznej niewidzialności. Jeżeli na dodatek jest się ofiarą szkolnej przemocy, twoi rodzice są rozwiedzeni, a matka prowadzi, z coraz mniejszym powodzeniem, walkę z rakiem – naprawdę ciężko jest żyć. A tak mniej więcej wygląda rzeczywistość Connora w momencie, w którym go poznajemy. Pod względem osobowości i nieporadności w relacjach z otoczeniem przypomina mi on bardzo Charliego, tytułowego bohatera książki Stephena Chbosky’ego (Nawiasem mówiąc tytułowego, tylko dla Polaków. „The Perks of Being Wallflower” = „Charlie„? Serio?). Connor próbuje sobie jakoś radzić, stara się być dzielny, ale też nie potrafi przyjąć pomocy, nawet jeżeli wyraźnie jej potrzebuje. Jest zbyt dumny i przestraszony zarazem. Słaby kontakt z ojcem, chęć niedenerwowania chorej matki i całkowita niekompatybilność z babcią i nieumiejętność porozumiewania się z nią nie ułatwiają ani trochę sprawy. Między innymi dlatego w jego życiu, pewnej nocy – dokładnie siedem minut po północy – pojawia się pewien potwór. Nie jest to jednak bestia, która śni się naszemu głównemu bohaterowi po nocach, ale przyjaciel.

Potwór
Niedaleko domu Connora i jego matki znajduje się stary cmentarz. Na jego środku, spomiędzy nagrobków wyrasta bardzo wiekowy cis. Drzewo towarzyszy naszemu bohaterowi i jego matce przez całe życie, jest niemym świadkiem wydarzeń i samo też jest obserwowane z okna w kuchni. Którejś nocy okazuje się jednak, że to nie jest zwyczajne drzewo, a przynajmniej nie jest nim ciągle. Bo w chwili kiedy Connor potrzebuje pomocy, kiedy potrzebny jest mu przyjaciel – drzewo ożywa. Nie jest jednak potulnym i pobłażliwym przyjacielem, ale wymagającym, ostrym i bezwzględnym mentorem. Otwiera Connorowi oczy na wiele spraw i pomaga pogodzić się z nieuniknionym, przyjmować życie takim, jakie jest. Robi to za pośrednictwem trzech historii, które opowiada chłopcu, na samym początku zastrzega jednak, że w zamian Connor będzie musiał opowiedzieć czwartą i ma to być prawda, której się panicznie boi – esencja nawiedzających go co noc koszmarów. Prawda, z którą Connor musi sobie poradzić. W pewnym momencie dla naszego bohatera drzewo staje się symbolem nadziei, fundamentem, na którym buduje wiarę w to, że jego Matka wyzdrowieje (wszak z cisu robi się lekarstwo na raka). To przecież nie mógł być przypadek, że drzewo pojawiło się w życiu chłopca akurat teraz, prawda?

Trzy opowieści
Snute przez potwora historie mają charakter przypowieści, są opowiadaniami z bardzo wyraźnym morałem, choć posiadają też równie silne zwroty akcji. Pokazują, że nic w życiu nie jest oczywiste, że dobrzy ludzie popełniają zło,a złym  zdarza się czynić dobro. Potwór stwierdza wprost: „Nie zawsze musi istnieć jakiś dobry bohater. Tak jak i nie zawsze musi istnieć zły. Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku”. Tak samo pokazuje, że nie ma niczego złego w byciu rozgoryczonym, złym, wściekłym, że nie powinno się tłumić w sobie emocji – jakiekolwiek by one nie były.

Ilustracje
Jim Kay odwalił kawał doskonałej roboty! Pewnie większość z nas inaczej wyobraża sobie rysunki zdobiące książkę dla najmłodszych, ale to tylko potwierdza, że czasem warto zweryfikować swoje wyobrażenia. Ilustracje są ciężkie i mroczne, ale jednocześnie po prostu piękne i przede wszystkim – klimatyczne. Widać, że wyszły spod ręki osoby, która przemyślała temat i miała bardzo konkretny pomysł, a nie po prostu rysowała, co popadnie, byle tylko zgadzało się z tekstem. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem rysunki towarzyszące książce wydawały mi się tak kompatybilne z treścią i przesłaniem.
illustration from the book A Monster Calls by Jim Kay 1

Ekranizacja
Piszę o niej już teraz z prostej przyczyny. Ta książeczka jest napisana w bardzo filmowy sposób! Układ scen, przejścia między nimi, dialogi wydają się być gotowym storyboardem. Nic tylko wziąć kamerę, zebrać ekipę i nagrywać. To jest bardzo kinowy materiał. I mam olbrzymią nadzieję, że filmowcy tego potencjału nie zmarnują i pokażą nam na ekranie coś naprawdę niesamowitego. Jak na razie zwiastuny tej nadziei nie zniszczyły. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko z niecierpliwością czekać na grudniową premierę.

Piąta opowieść
Podoba mi się w tej książce to, że pojawiają się w niej tematy trudne i drażliwe, że posiada olbrzymi ładunek edukacyjny i moralizatorski (w możliwie jak najlepszym i najłagodniejszym tego słowa znaczeniu). Uczy godzić się z losem, radzić sobie z emocjami, dostrzegać prawdę – nie bać się jej. Pokazuje, że świat nie jest zbudowany zero-jedynkowo. Owszem można to wszystko uznać za jeden wielki truizm, ale nawet jeżeli nim jest, to został on podany w tak doskonałej formie, że naprawdę ciężko byłoby choć odrobiny nie uszczknąć. Connor, pomimo młodego wieku, zostaje skonfrontowany z okolicznościami skrajnie trudnymi. Musi dorosnąć szybciej niż jego rówieśnicy, dlatego ciężko jest mu złapać z nimi kontakt – ale w dalszym ciągu pozostaje dzieckiem, które chce być traktowane jak pozostali. Nie oczekuje i nie chce niczyjej litości, ani przymykania oka. Chce być traktowany normalnie.  ta tęsknota za normalnością przebija się przez wiele fragmentów. Czy Connor osiągnie to o czym marzy? Czy jego mama wyzdrowieje? Jak będzie brzmiała jego opowieść? Warto doczytać samemu! Polecam!

8/10


AMC_Asleep_v2-721.jpg