Buszujący w zbożu: Mam folklor we krwi

Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz napisałem tutaj cokolwiek, ale często wracałem myślami do tego miejsca i zbierałem siły na powrót. Powracam. Nie chcąc jednak zaczynać od recenzji, nie mając też nastroju na krytykę polityki i nie będąc ostatnimi czasy w górach – lubię je oglądać zimą na fotografiach, nie jestem jeszcze gotów, żeby po nich o tej porze roku chodzić – postanowiłem podzielić się z Wami czymś, co – mam nadzieję – na podzielenie się zasługuje.

DSC_7891

Pod koniec 2016 roku, namówiony przez kolegę z Zespołu, zrobiłem coś, na co od dawna miałem ochotę, ale ciągle brakowało mi odwagi – oddałem krew. Mam dosyć dużą tolerancję bólu i raczej nie mam problemów z lekarzami, ale wkłuwanie czegokolwiek w jakąkolwiek część mojego ciała zawsze sprawiało, że trochę traciłem rezon. Ale udało się, oddałem krew, zobaczyłem, że nie taki diabeł straszny jak go malują, a ten potworny moment wbijania igły da się przeżyć bez uszczerbku dla męskiej dumy i godności. Cudownie! Pojawiła się wtedy myśl, że może warto włączyć w regularne krwiodawstwo więcej osób z grupy (a mowa o Zespole Pieśni i Tańca Uniwersytetu Jagiellońskiego „Słowianki”). Dlaczego nie? I dlaczego tylko z jednej grupy? Czemu nie pójść dalej? I tak właśnie narodziło się „Mam folklor we krwi„. Dołączyło do nas już kilka innych Zespołów, niebawem przyłączą się kolejne i to nie byle jakie. Mamy plany, powoli rozwijamy się i zmieniamy, jednak jedno pozostaje niezmienne. Chcemy pokazać ludziom piękno polskiego folkloru, zaciekawić ich tym folklorem i – przede wszystkim – pomagać potrzebującym.

 

27858179_1197267577071440_7024907373820037356_n

Do czego jednak zmierzam? Konkluzja będzie prosta, banalna wręcz – pomagajmy! Często mamy pewne opory, coś nas powstrzymuje, boimy się, nie jesteśmy pewni, jak za pomoc się zabrać. Znam to uczucie doskonale, sam miałem mnóstwo obaw. Gdybym się uparł, to pewnie nadal kilka mogłoby się znaleźć. Ale nie warto się bać! Nie warto zwlekać. Dwa punkty widzenia są tutaj szczególnie istotne i motywujące. Z jednej strony, jako osoba zdrowa, niemająca żadnych problemów ani szczególnych zdrowotnych potrzeb, czuję się zobligowany do tego, żeby pomagać innym. Jeśli życie daje mi taką możliwość, to dlaczego miałbym z niej nie skorzystać? Mam wystarczająco dużo, żeby móc podzielić się z innymi. Zachęcam do takiego spojrzenia na sprawę – ono wiele rzeczy ułatwia. Powiem więcej – to jest nasz, zdrowych ludzi, obowiązek. Obowiązek, który jednak nie może – nie powinien –  być łączony z przymusem, a raczej z czymś, co niesie ze sobą naprawdę sporo satysfakcji.

Druga rzecz… Nawet jeśli los teraz się do nas uśmiecha, jeżeli sami jesteśmy zdrowi i nasi bliscy są również bezpieczni, nie możemy pozostawać w złudnym przekonaniu, że stan ten trwał będzie wiecznie. Niech trwa jak najdłużej, tego Wam i sobie życzę, ale w życiu bywa różnie i może się okazać, że za rok, dwa, piętnaście, my sami albo ktoś z naszych rodzin będzie potrzebował szczególnej pomocy. Niech więc pomaganie innym, poza czystym, altruistycznym aktem, stanie się pewnego rodzaju deklaracją i moralną inwestycją. Dla spokoju i równowagi sumienia, żeby móc kiedyś oczekiwać pomocy, samemu najpierw ją ofiarując.

28378395_2100588063496474_1386946354672277253_n

Możemy mieć różne poglądy, różne kolory skóry, płcie, zainteresowania i narodowości, ale w dalszym ciągu wszyscy jesteśmy ludźmi, jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni i poza szacunkiem – z którym bywa różnie – powinniśmy troszczyć się o siebie wzajemnie. Szczególnie w czasach, kiedy gloryfikuje się różnice, kiedy wytyka się palcem inność i zapomina się o tym, że tak naprawdę o wiele więcej nas łączy, niż dzieli. Pomagajmy sobie! W jaki sposób? Można oddawać krew! Można oddawać jej składniki, można zarejestrować się jako dawca szpiku albo dawca organów – sposobów jest mnóstwo i wierzę, że każdy znajdzie dla siebie odpowiedni. Może być jeden, wystarczy jeden –  to i tak więcej niż nic!

Wracając jeszcze na sekundę do „Mam folklor we krwi” – jeśli ktoś z Was pochodzi z Krakowa albo będzie w tym mieście w sobotę – 24 marca, niech koniecznie odwiedzi nas w „Klubie Kultury Wola„. Organizujemy tam folkową akcję krwiodawstwa, o której więcej można dowiedzieć się w wydarzeniu poniżej. W imieniu wszystkich organizatorów – serdecznie zapraszam!

https://www.facebook.com/events/1975806129346343/

Do zobaczenia!

27973656_2097084387180175_2899473188830809725_n

Reklamy

Buszujący w zbożu: Promień słońca

Kraków, tramwaj komunikacji miejskiej, pewien deszczowy i ponury poranek.

Kobieta walczy dzielnie z automatem biletowym. Okazuje się jednak, że ma za mało gotówki, a kartą – witaj XXI wieku – zapłacić nie można. Podchodzi do mnie (siedzę obok) i pyta, czy mam może rozmienić 10 złotych. Niestety nie miałem gotówki i nie byłem w stanie jej pomóc. Wraca zrezygnowana do automatu i zaczyna gmerać w portfelu, licząc najwyraźniej na to, że uzbiera odpowiednią ilość, przywołując brakujące monety siłą woli. Ludzi dookoła, sądząc po wyrazach twarzy, ta jej mała „hatakumba” najwyraźniej bawi. A, nie wspomniałem, że w tramwaju, na drugim jego końcu, siedzą kontrolerzy.

I nagle! Pojawia się On! Jak w bajce, tylko bez kiczowatych trykotów, peleryny i białego konia. Podchodzi do niej, wyciąga trzy złote i mówi, że chce pomóc, że on daje jej te pieniądze, bo jemu też kiedyś ktoś życzliwy pomógł w taki sposób, i że on chce się odwdzięczyć tamtej osobie, wspierając teraz ją. On uśmiechnięty, Ona wzruszona, Ludzie w tramwaju jacyś tacy nagle twarzowo „zrzednięci”. On, oddalił się do córeczki, którą zostawił na siedzeniu nieopodal, Ona, kupiła bilet rozpromieniona. Koniec?

Nie. Zapomniałem dodać, że On był ciemnej karnacji, mówił łamaną jeszcze nieco polszczyzną, widać, że mieszka tu może ze dwa lata, może ciut dłużej. Ludzie w tramwaju patrzyli na niego trochę z zainteresowaniem, trochę z wrogością, ale On zupełnie się tym nie przejmował. Za oknami padał deszcz, ale na chwilę, w tym podskakującym na nierównych szynach wagonie – zaświeciło wiosenne słońce.

I mam nadzieję, że chociaż kilka osób zauważyło wtedy, że Człowieczeństwo nie ma rasy, koloru skóry, narodowości, płci, orientacji czy wyznania. Człowiekiem się po prostu jest i nie istnieje żaden, idealny sposób na to bycie – każdy ze sposobów jest dobry i każdy jest tak samo ważny. A ich różnorodność nie niesie ze sobą zagrożenia, niesie szansę. Szansę na to, żebyśmy uczyli się od siebie nawzajem, jak być dla siebie ludźmi.

P.S. Jak widać – dobro wraca, rozprzestrzenia się i mnoży. Dlatego warto! 😉

No, to prawdziwie słonecznej niedzieli, Kochani!

Bez tytułu

Buszujący w zbożu: Ubecy, kanalie, zdrajcy i złodzieje!

Nasze życie zaczyna kończyć się w dniu, w którym zaczynamy przemilczać ważne tematy”.

Bardzo nie lubię angażować się politycznie, nie lubię rozmawiać o polityce i nie lubię o niej myśleć. Długo zastanawiałem się, czy powinienem odnieść się do ostatnich wydarzeń. Nie chciałem tego robić głównie dlatego, że nie widziałem sensu takiego działania, uważałem, że mój głos i tak nic nie znaczy, że jest tylko jeden – że mój głos niczego nie zmieni. Z tego samego powodu nie poszedłem na wybory w 2015 roku. Nie miałem (i nie mam nadal) partii, na którą chciałbym głosować z pełnym przekonaniem. I wtedy, dwa lata temu, wydawało mi się, że wybieranie mniejszego zła nie ma najmniejszego sensu, bo w najgorszym przypadku będzie tak, jak było. I to był olbrzymi błąd…
Niech za nagłówki poszczególnych akapitów posłużą mi dzisiaj cytaty z Martina Luthera Kinga.

Ten, kto biernie akceptuje zło, jest za nie tak samo odpowiedzialny jak ten, co je popełnia”.

Nie mam zamiaru nawoływać do popierania obecnej opozycji (której sam nie popieram), czy do obalania sprawujących obecnie władzę (których nie tylko nie popieram, ale których też coraz trudniej mi szanować, ale godzę się z faktem, że zostali demokratycznie wybrani). Chcę tylko napisać co mnie, Polaka, Europejczyka, młodego człowieka, najzwyczajniej w świecie wkurwia. Proszę mi wybaczyć to słowo o rynsztokowej proweniencji, ale wydaje mi się ono na chwilę obecną jedynym sensownym, jedynym, które w pełni oddaje nastroje panujące na ulicy. Na manifestacjach widzę młodych ludzi, ludzi w moim wieku i ciut starszych. Ludzi smutnych i zatroskanych, ale w dużej mierze ludzi tracących cierpliwość. A co istotniejsze z dnia na dzień widać ich coraz więcej. Moja nieobecność na ostatnich wyborach była jaskrawym przykładem bierności. Po rozmowach ze znajomymi widzę, że wielu młodych wyszło wtedy z podobnego założenia. Ale to zaczyna się bardzo wyraźnie zmieniać. Ci, którzy do tej pory nie byli przekonani do aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym, zaczynają rozumieć, że bierność wobec złych decyzji jest równie szkodliwa, co aktywne dla nich poparcie, że należy sprzeciwiać się. I warto to robić, nawet jeżeli ów sprzeciw nie przynosi rezultatów – dla czystości swojego własnego sumienia. I chociaż żadne argumenty nie trafiają i najprawdopodobniej trafiać nie będą do posłów i senatorów Prawa i Sprawiedliwości, mam nadzieję, że przynajmniej widząc te tłumy na ulicach, ci ludzie nie mogą w nocy spokojnie zasnąć. Bo w tym momencie na spokojny sen nie zasługują.

„Nic, co człowiek robi, nie poniża go tak bardzo jak nienawiść”.

Przeraża mnie język nienawiści, który na dobre zagościł na sali plenarnej polskiego Sejmu, na polskich ulicach i w polskich domach. Przeraża mnie, że to ludzie młodzi muszą przypominać starszym od siebie, do czego prowadzą nienawiść, nietolerancja i skrajny nacjonalizm. I jako obywatel cywilizowanego świata nie zgadzam się na taką mowę i nie chcę jej w instytucjach, które mniej lub bardziej bezpośrednio decydują o moim życiu. Jako człowiek kulturalny nie chcę, żeby reprezentowały mnie osoby pokroju posła Kaczyńskiego, czy posłanki Pawłowicz. Osoby, jak się wydaje, kultury pozbawione. Bo jak inaczej określić sytuację, w której szeregowy poseł jednej z partii politycznych wchodzi sobie poza porządkiem obrad na mównicę i zaczyna, czerwony ze złości, plując na prawo i lewo, wyzywać Polaków od zdrajców? I choć za wyciągnięcie na tej samej mównicy kartki z napisem „Wolne Media” dostaje się reprymendę marszałka i karę finansową, to już siać nienawiść można. Czekam tyko aż ów poseł dostanie nagrodę. Albo, drodzy Państwo, każdy z nas pracuje, każdy z nas wie, że w miejscu pracy obowiązują pewne zasady wynikające z kultury i wzajemnego szacunku. Czy ktoś wyobraża sobie, żeby poza ustaloną godziną przerwy wyciągnąć sobie,  i to na oczach szefa, z torby pajdę chleba albo termos z grochówką i obżerać się w trakcie wykonywania obowiązków zawodowych? Ja sobie nie wyobrażam. Ale w zasadzie nikt wyobrażać sobie nie musi – wystarczy włączyć transmisję z obrad Sejmu, w zasadzie o dowolnej porze, i bez większego trudu odnaleźć po lewej stronie Sali pewną powabną damę z kanapką owiniętą w woreczek jednorazowy. Ale koniec końców można na to machnąć ręką, bo to problem tych jednostek, taki już ich urok, trudno. Niestety ów urok zaczyna przeszkadzać, kiedy udziela się także innym.

Nie chcę, żeby polityka opierała się na nienawiści do jakichkolwiek mniejszości i nieistotne, czy są to wegetarianie, osoby homoseksualne, uchodźcy, opozycja, czy ktokolwiek inny. Chcę rozmów, dialogu, merytorycznych argumentów, a nie pustych, wyolbrzymionych krzykiem haseł rzucanych gdzie bądź.  Najbardziej smuci mnie to, że tego typu retoryka tworzy głębokie podziały i to nie na linii Polacy kontra reszta świata, ale między samymi Polakami. Naród powinno się jednoczyć, a nie tak brutalnie i z premedytacją dzielić, sortować na lepszych i gorszych. To wszystko prowadzi zresztą do kuriozalnych sytuacji. Wyobraźmy sobie takie zdarzenie: mamy manifestację przeciwko rządowi i kontrmanifestację. Dajmy na to w takim Krakowie, pod – czysto hipotetycznie – Wawelem, powiedzmy 18. dnia jakiegoś letniego miesiąca (tak zupełnie przypadkowo). Po jednej stronie tłumek młodych ludzi od dwudziestu paru lat wzwyż. Po drugiej, kilka osób, które na oko przekroczyły już jakiś czas temu pięćdziesiątkę. Młodzi stoją sobie spokojnie, a starsi państwo drą się i wyzywają drugą grupę od komuchów, ubeków i zdrajców. Sęk w tym, że adresaci tych wyzwisk, choćby nie wiem co robili i jak bardzo mącili w swoich papierach, za nic w świecie komuny pamiętać nie mogą. Za to nadawcy – owszem! Absurd? Nie, niestety polska rzeczywistość. Przykrym jest też to, że język przesiąknięty propagandą i zerojedynkowym tokiem rozumowania „jeżeli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam” prowadzi też do głębokich podziałów w tych najmniejszych i najbardziej podstawowych komórkach społeczeństwa – w rodzinach. W tym momencie na klawiaturę ciśnie się jeszcze jeden cytat: „Musimy nauczyć się żyć razem jak bracia, jeśli nie chcemy zginąć razem jak szaleńcy”.

Przyznam się, że nawet nie potrafię nimi, pomimo wszystko, gardzić. Może dlatego, że nie chcę być taki sam jak oni. A może po prostu wiem, że ci ludzie zostali oślepieni czyjąś nienawiścią, że ona nie jest ich własną. Że zostali nauczeni nienawiści. Że nie należy ich piętnować – należy im współczuć.

20354072_10207678394957954_751249324_o

„Na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów, ale milczenie naszych przyjaciół”.

Milczenie przyjaciół. To, że nadal wielu młodych ludzi, nawet tych, którzy sprzeciwiają się zmianom wprowadzanym przez PIS, zamiast pójść i swój sprzeciw pokazać, woli wyjść na piwo ze znajomymi, to jedno. Przykre, ale niestety w takich konformistycznych czasach się wychowaliśmy. Boli mnie za to bardzo milczenie innych przyjaciół – tych duchowych. Jestem wierzący, jestem chrześcijaninem, jestem katolikiem. Od urodzenia był to dla mnie powód do szczerej dumy, szczególnie w czasach Jana Pawła II. Miewałem wprawdzie w życiu chwile zawahania i wątpliwości, chwile zadawania pytań i szukania odpowiedzi, ale zawsze –  prędzej  czy później – istota życia we wspólnocie wygrywała nad wątpliwościami.

Jako osoba wierząca nie chcę, żeby Kościół mieszał się w politykę, po którejkolwiek ze stron, dlatego tak mocno smuciło mnie, kiedy niektórzy księża jawnie agitowali na korzyść obecnie rządzącej partii – z pewnym powszechnie znanym, toruńskim redemptorystą na czele. Ale skoro już mieszać się zaczęliście i namieszaliście, boli mnie Wasze milczenie teraz. Teraz, kiedy przepaść pomiędzy Polakami rośnie, kiedy partia, którą wielu z Was tak wielbi (choć to nie partię wielbić powinno), nawołuje do nienawiści, dzieli i obraża. Gdzie tutaj miejsce na chrześcijańskie wartości? Gdzie jest miłość bliźniego? Gdzie wybaczenie? Gdzie szacunek? Gdzie miłosierdzie? Gdzie jesteście Wy? Nie potrafiliście zamknąć się w czterech ścianach świątyń i zająć modlitwą, kiedy był na to odpowiedni czas – nie zamykajcie się teraz. Nie oczekuję od Was deklaracji politycznych, oczekuję, że będziecie nawoływać do dialogu, szczególnie tych, którzy słuchać nie chcą, którzy korzystając z danego im mandatu politycznego, mają w głębokim poważaniu głos ludzi. Kiedyś staliście po stronie ludzi właśnie, ale wtedy władza była przeciwko Wam. Teraz siedzicie cicho. I ta cisza zasmuca.

Niech przerwie ją, choć na chwilę, Kaczmarski:

„Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
I ocal mnie od pogardy Panie…”

Pamiętacie jeszcze te słowa? Zrozumieliście? Mam nadzieję!

„Nigdy nie zapominaj, że wszystko, co Hitler uczynił w Niemczech było legalne”.

To, że ktoś legalnie otrzymał władzę, nie oznacza, że legalnie ją sprawuje. Że jest bezkarny, że nikt mu nie patrzy na ręce i że nie musi liczyć się z głosami sprzeciwu, choćby najmniejszymi. Przeraża mnie buńczuczność władzy i jej pogarda, jej brak poszanowania dla podstawowych, demokratycznych wartości – z dialogiem na czele. Oni nie potrafią słuchać i rozmawiać, potrafią tylko krzyczeć i oskarżać. Mieliśmy już w XX wieku człowieczka, który dużo krzyczał i bardzo lubił o wszystkim decydować – i chyba każdy wie, jak ta historia się skończyła. Czy naprawdę musi się powtarzać?

Czy to oznacza, że Platforma Obywatelska rządziła dobrze? Bynajmniej! Ale przecież Prawo i Sprawiedliwość, sądząc po obietnicach, miało być remedium, a nie zwiększeniem – nie daj, Boże, śmiertelnym – dawki. Nie neguję potrzeby reform, konieczności zmian – upływ czasu implikuje zmiany, to oczywiste. Jak już wspomniałem we wstępie, nie jestem ślepym zwolennikiem opozycji, w zasadzie przez większość swojego krótkiego życia starałem się być apolityczny (o ile apolityczność jako taka  jest w ogóle możliwa), ale obecna sytuacja jest najzwyczajniej w świecie karygodna. Chciałbym w tym miejscu zaapelować do moich znajomych i rodziny, szczególnie tych, którzy są mi najbliżsi, którzy głosowali na Prawo i Sprawiedliwość. Ja nie jestem przeciwko tej partii samej w sobie, nie jestem przeciwnikiem zmian, nie jestem przeciwko Wam. Sprzeciwiam się wprowadzaniu zmian w Polsce na takich zasadach (czy też bez jakichkolwiek zasad) – na chybcika i po nocach. Sprzeciwiam się uchwalaniu ustaw, które dotyczą najistotniejszych aspektów mojego i waszego życia, w pośpiechu i na dodatek z wewnętrznymi sprzecznościami i błędami. Prawo stanowione w ten sposób łatwo może stać się gruntem dla bezprawia. Zresztą to nie tylko moja opinia, to także opinia samego Prawa i Sprawiedliwości, a przynajmniej taka była przed wyborami, w 2014 roku, co można wyczytać w ich statucie z tamtego okresu. Sprzeciwiam się niezdolności do osiągania kompromisów. Sprzeciwiam się nienawiści płynącej z góry. I, moi drodzy, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, jakie ta nienawiść ma barwy, jakie logo i jaki procent głosów zdobyła na wyborach.

20289778_10207678384997705_1124044329_n

Dlatego zamiast wyzywać się od zdrajców, złodziei, komunistów, ubeków i kanalii – rozmawiajmy do jasnej cholery! Szukajmy rozwiązań, które będą nas łączyć – nie dzielić. Budujmy Polskę, w której każdy – niezależnie od sympatii politycznych – będzie czuł się dobrze i bezpiecznie, w której będzie czuł się wolny. Poseł Kaczyński jest bardzo smutnym człowiekiem, nawet nie umiem sobie wyobrazić, co musiał przeżywać na wieść o śmierci brata i bratowej oraz co działo się w jego głowie i sercu od tamtego czasu do teraz. To była olbrzymia, osobista tragedia. Wracam ostatnimi czasy do wypowiedzi Lecha i Marii Kaczyńskich, między innymi na temat wolności mediów, na temat uchodźców, aborcji i zastanawiam się… Kto kim, tak naprawdę, wyciera sobie teraz buzię. Panie Jarosławie – współczuję Panu, tak po chrześcijańsku. Ale coraz mniej Pana rozumiem.

Kończąc już dzisiejszy tekst, chcę zwrócić jednak uwagę na rzecz, która akurat mnie cieszy. Manifestacje pod sądami pokazują, że w tym kraju jest coraz więcej zaangażowanych młodych ludzi. Patrzących z niepokojem, ale jednocześnie z nadzieją w przyszłość. Kulturalnych i mądrych, szukających rozwiązań i dialogu. Ludzi, którym zależy – i niech zależeć nie przestaje. Wiele razy w ciągu ostatnich dwudziestu siedmiu lat słyszałem nasz hymn. Ale chyba nigdy nie brzmiał w moich uszach tak szczerze i pięknie jak na placyku pod Sądem Okręgowym w Krakowie. Niech brzmi tak już zawsze.

Moje kochane, zdradzieckie, ubeckie i złodziejskie mordeczki – do zobaczenia!

#WolneSądy #ŁańcuchŚwiatła #FreeCourts

2017-07-20 09.47.07 1.jpg

Buszujący między wierszami: #Bezrzeczy – I

Buszujący w filmach: La La Land

Siedem Złotych Globów i czternaście nominacji do Oscara. Przed zobaczeniem tego filmu byłem święcie przekonany, że to jest jakiś żart. Ostatnio świat ma dziwne poczucie humoru – szczególnie na tematy polityczne. Chociaż bardzo lubię musicale, to byłem już pogodzony z tym, że Hollywood swoje złote musicalowe lata ma już za sobą i to od dobrych kilku dekad – nie wspominając tutaj, z tyleż bezczelną, co uzasadnioną premedytacją, o ekranizacjach spektakli muzycznych, które powstawały przez ostatnich kilkanaście lat. Chazelle popełnił dwa lata wcześniej małe, perkusyjne arcydzieło.  Czy tym razem, chociaż gatunek filmowy, po który sięgnął, już ledwo zipie, również udało mu się stworzyć coś wyjątkowego? Czy „La La Land” jest dobrze skomponowanym utworem, czy też może pełnym dysonansów i niekonsekwencji zgrzytem?

We are singing in the traffic jam 
Film rozpoczyna się pięciominutową, kręconą w jednym ujęciu, sekwencją tańca w korku na zjeździe z autostrady, tak do bólu cukierkowo-musicalową, że ktoś nielubiący tej konwencji ma ochotę zastrzelić projektor, a potem siebie. Nawet ja, filmy muzyczne lubiący, byłem o krok od rozpoczęcia poszukiwań pistoletu, a to już coś! I właśnie dlatego, po tych kilku minutach człowiek podskórnie czuje, że to będzie produkcja udana! Cała scena, a w zasadzie ujęcie, sygnalizuje też jedną istotną rzecz – czekają nas dwie godziny operatorskiego i montażowego majstersztyku. Szczególnie łatwo uzmysłowić to sobie już po seansie, patrząc na całość z odpowiedniego dystansu. Fabuła całego filmu podzielona jest na pory roku, każda z nich ma inny rytm, inną kolorystykę, inne brzmienie muzyki (co widać szczególnie po sztandarowym utworze tego filmu – „City of stars”), zmieniają się nastroje głównych bohaterów, przekształca ich relacja, a wraz z nią zmieniają się i ewoluują środki filmowego przekazu. Reżyser daje twórcom poszczególnych elementów wolną rękę, pozwala rozwinąć skrzydła, często w jaskrawy sposób, ale jednocześnie panuje nad wszystkim i czuwa, żeby nic nie wybijało się w niekontrolowany sposób.

LLL_D33_05656_R.JPG

Trójka głównych bohaterów
Tak, trójka – zdecydowanie. Mia (Emma Stone), Sebastian (Ryan Gosling) i muzyka! Wszystkich łączy prostota i trzymanie się z dala od szarżowania. A także to, że pozwalają sobie na pewne „brudy”. Nieczyste odrobinę dźwięki? Minimalne zgrzyty? Jak najbardziej! Ani trochę nie psuje to odbioru filmu – przeciwnie, sprawia, że tylko mocniej się im wierzy. Życie przecież nie jest skorygowane w żadnym programie do edycji. W wokalach Stone i Goslinga odbija się dziecinna nieomal szczerość z jaką kreują swoich bohaterów. I ta szczerość chwyta za uszy i serce! Tym bardziej, że chyba każdemu widzowi jest stosunkowo łatwo się z nimi utożsamić (ale o tym niżej).

O samej muzyce dodać należy tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, swoim klimatem pięknie nawiązuje do filmowej muzyki z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Zresztą pojawianie się w fabule filmowych klasyków z tamtych lat tylko podbija ten efekt. „Buntownik bez powodu” z 1955 roku, którego w pewnym momencie oglądają bohaterowie,staje się nie tylko pretekstem do wprowadzenia sceny w planetarium, ale też pewnego rodzaju drogowskazem dla sposobu w jaki film jest odbierany przez widza. Po drugie, podobnie jak kreacje aktorskie, kompozycje Hurwitza są po prostu szczere, zdarza im się wprawdzie wybuchnąć mnogością dźwięków i instrumentów, ale kiedy trzeba potrafią nieomal zaniknąć, stając się pięknym akompaniamentem dla dwójki ludzkich głównych bohaterów.

LLL_D26_04820.jpg
Kolektywna skrupulatność

W tym filmie szczególnie cieszą małe rzeczy. Od tych łatwo zauważanych, jak archaiczne logo na początku, czy cudowna, scenariuszowa klamra w wątku Mii– banalnie prosta, jakby żywcem wyjęta z podręcznika scenopisarstwa, ale pięknie domykająca rozwój jej postaci, po mniej uchwytne, jak idealnie dobrane barwy oświetlenia, scenografii i kostiumów. Użyte kolory dopełniają się perfekcyjnie, często zestawiają w kontrastowy, ale uzupełniający sposób – widać to szczególnie na migawkach z przesłuchań Mii, czy w krótkim ujęciu spaceru, gdzie podmurówka jednej z kamienic ma dokładnie taki sam kolor jak apaszka głównej bohaterki. Owa drobiazgowość zauważalna jest też w prostych, ale efektywnych choreografiach. Scena ze wschodem słońca po imprezie i ławką – mistrzostwo! Pozornie, przez sporą część układu, zbyt wiele się tam nie dzieje, ale drobne gesty i reakcje bohaterów tworzą naprawdę udaną całość – nie wspominając już po raz kolejny o tym, jak ta scena pięknie gra kolorami. Osoby odpowiedzialne za zdjęcia, oświetlenie, kostiumy i scenografię wykonały naprawdę kawał dobrej roboty! Nie powinna zatem dziwić liczba nominacji do Oscara, szczególnie w „technicznych” kategoriach, bo każda ze składowych tej kinematograficznej całości to małe dzieło sztuki.

LLL_D09_01624_R.jpg

Here’s to the fools who dream
Historia, którą poznajemy, nie jest skomplikowana. Było takich już wiele, powstanie pewnie milion kolejnych. Profile bohaterów są tak typowe, że bardziej się nie da. Bo cóż oryginalnego może być w marzącej o aktorstwie dziewczynie, która pracuje w kawiarni w Los Angeles? Albo w zdolnym instrumentaliście z ambicjami, który nie uznaje w muzyce pójścia na łatwiznę i chałturzenia? Odpowiedzieć można krótko – oryginalnego nie ma zupełnie nic. I paradoksalnie to jest siła tego filmu. Jego prostota, to że uderza w najzwyklejsze emocjonalne struny, ale trącając je, wydobywa możliwie jak najczystsze dźwięki. Dźwięki, które każdy jest w stanie poczuć i zrozumieć bez większego problemu. Bo kto z nas nie marzył? Ten film oddaje hołd nie tylko klasycznym musicalom z fabryki snów, ale też wszystkim artystycznym duszom, marzycielom, tym, którzy błąkają się wiecznie z głową w chmurach. Pokazuje siłę marzeń, to, że warto o nie walczyć, ale też drugą ich stronę, tę mniej słodką, że każde, najwspanialsze nawet marzenie ma cenę, którą prawdopodobnie trzeba będzie zapłacić. Nie jest przy tym bezwzględny i brutalny. Jest zbliżony mocno do życia, na tyle mocno, że nawet nierealne sceny są podświadomie traktowane w metaforyczny sposób. W lataniu pod kopułą planetarium nie ma nic przesadzonego, tak samo w tańcu przy malowanych dekoracjach. Reżyserowi udało się odnaleźć brzmienie które długo odbija się echem w sercu widza…

„Here’s to the ones who dream
Foolish, as they may seem
Here’s to the hearts that ache
Here’s to the mess we make.

xLLL_D35_05828_R2.jpg

„La La Land” jest jak wyrafinowany jazzowy kawałek – bardzo łatwo go nie docenić, nastawiwszy się na prostą harmonię. Ale jeżeli wsłuchać się we wszystkie tony, z których jest skomponowany – nie sposób się nim, po prostu, nie zachwycić. Wszystkie jego elementy, scenografia, kostiumy, zdjęcia, muzyka, montaż, obsada – współbrzmią w sposób ocierający się o doskonałość. Takich musicali się już nie robi i w zasadzie nigdy tak do końca nie robiło. Trzeba być szaleńcem, żeby w XXI wieku popełnić coś takiego – na szczęście Chazelle ma nierówno pod sufitem, co już udowodnił dwa lata temu pokazując nam „Whiplash”. A na dodatek potrafi złożyć hołd złotej erze hollywoodzkiego musicalu, jednocześnie nie wpadając w zgubne naśladownictwo. Oby tak dalej!


OCENA: ♦♦♦♦♦♦♦♦♦◊ 9/10

Festival Poster.jpg

Buszujący w zbożu: Leśmianijmy!

Ciężko mi pisać o polityce i sprawach związanych z nią nawet niebezpośrednio. Ale czasami najzwyczajniej w świecie się nie da. Czasami, jeżeli jest się świadkiem decyzji lekkomyślnych, czy wręcz bezmyślnych, trzeba po prostu jakoś zareagować. Dlatego reaguję!

Reaguję nie bez powodu. „Leśmiangate” z ostatniego tygodnia przypomniało mi sytuację z roku 2012, kiedy to, niedługo po pogrzebie naszej noblistki, posłanka jednej z partii politycznych wypowiedziała takie oto słowa:

Z całym uznaniem dla urody wielu rodzajów i gatunków literackich Wisławy Szymborskiej, to ona bawiła się słowami, ale ta zabawa mogła się odbyć gdziekolwiek. Ja w jej wierszach nie gustowałam, bo dla mnie ważniejsze jest, aby poeta towarzyszył Polakom w trudnych chwilach narodu. Wisława Szymborska nie towarzyszyła nam w odzyskiwaniu Polski, w odzyskiwaniu suwerenności. Nie pamiętam jej poezji, która by porywała. (…) Wisława Szymborska kojarzy mi się z Noblem, ale nie kojarzy mi się z Polską, z polską wierzbą, nie kojarzy mi się ani z polską przyrodą, ani polską historią. (…) Poeta ma swoje obowiązki wobec kraju i narodu.

Aż chciałoby się złośliwie sparafrazować i zadedykować jej fragment „Kwiatów polskich” Tuwima:

„Przywróć jej chleb z polskiego pola,
przywróć jej trumnę z polskiej sosny.”

lub już wprost, bez parafrazowania:

Pysznych pokora niech uzbroi,
Pokornym gniewnej dumy przydaj.
Poucz nas, że pod słońcem Twoim
„Nie masz Greczyna ani Żyda”.
Puszącym się, nadymającym
Strąć z głowy ich koronę głupią,
A warczącemu wielkorządcy
Na biurku postaw czaszkę trupią.

Po czymś takim człowiekowi pozostaje mieć nadzieję, że to było jednostkowe, że się nie powtórzy, że przecież są jakieś granice. Niestety ostatnie wydarzenia pokazują, że najwyraźniej granic nie ma. 

Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, że jeden z oryginalniejszych poetów, jakich zrodziła nasza Ojczyzna, jest ignorowany w tak bezczelny sposób. Dlaczego? Dlatego, że był żydowskiego pochodzenia? Że jego życie prywatne może dalekie było od chrześcijańskiej poprawności? Że wizja Boga, którą proponował, nie zawsze się pokrywa z tym, w co radykalnie myślący ludzie chcieliby wierzyć? Bo jego Bóg, jeżeli akurat istnieje gdzieś poza umysłem człowieka, jest ludzki? Naprawdę nie rozumiem. Niedoceniony w pełni za życia, musiał czekać na lepsze czasy, które nadeszły pod koniec XX wieku, kiedy jego poezja zaczęła na nowo fascynować i wzruszać serca i umysły. Teraz znowu strącany z należnego mu miejsca. I to najwyraźniej wyłącznie dla zasady, przez ludzi, którzy prawdopodobnie nie podjęli nawet trudu pochylenia się nad jego twórczością. Albo, co gorsza, nie spojrzeli na nią w holistyczny sposób, a jednostkowe jej przykłady wydały im się uznania niegodne. 

Nie obrażając nikogo ani nie umniejszając wartości, myślę, że tego typu zachowania, niemożność obdarzenia drugiego człowieka szacunkiem, walka z autorytetami, które są niewygodne itd., są często, niestety, wynikiem kompleksów  i świadomości własnej niewielkości. Ktoś, zdający sobie sprawę z tego, że nigdy nie będzie wystarczająco wielki, po prostu strąca z postumentów przewyższających go ludzi i symbole. 

Niedługo Święto Niepodległości. Pewne środowiska chciałyby nam wmówić, co jest dobre, a co nie. Co jest polskie, a co obce. Co jest dobrego, a co gorszego sortu. Zapominając przy tym całkowicie, że historia naszej Ojczyzny to nie jest prosta, biało-czerwona szarfa z haftowanym krzyżem, ale bogato zdobiony arras utkany z miliardów jednostek, bilionów myśli i poglądów, tysiąca odcieni i zdarzeń. Że wplecione w jego osnowę ludzkie nici miały różne historie własne, różne przeżycia, doświadczenia, wyznania, orientacje, czy kolory skóry i oczu. I że to właśnie z tej różnorodności wzięło się bogactwo dziedzictwa, którego strażnikami i współtwórcami powinniśmy być teraz. No właśnie, strażnikami – nie cenzorami. 

Jeżeli nie pozwolono nam oficjalnie świętować Roku Leśmiana, każdy komu nieobojętna jest jego twórczość, powinien na własną rękę to uczynić. Przeżyć swój własny rok tego poety,  uczcić i uhonorować jego pamięć. Marzy mi się, żeby wśród moich znajomych i bliskich mi osób przez najbliższe 12 miesięcy regułą stało się wrzucanie na Facebooka ulubionych wierszy i fragmentów poematów. Dlatego pozwalam sobie wszcząć małą Leśmianobelię. Począwszy od tego tygodnia, dwa lub trzy razy w miesiącu mam zamiar dzielić się z bliskimi mi ludźmi jego wierszami, opatrując posty tymi tagami: 
#mojwlasnyroklesmiana #2017roklesmiana.

Jeżeli ktoś z Was myśli i czuje podobnie – zapraszam! Leśmianijmy! Zawierszowujmy! Szanujmy!

Do zobaczenia niebawem!


Stanislaw Lesmian

Buszujący w górach: Babia Góra (Diablak)

Podobno jest kapryśna i humorzasta. Bywa wredna. Wiele osób narzeka na zmienność warunków atmosferycznych na szczycie – podobno większą niż na okolicznych górach. Widywałem nie raz i nie dwa zdjęcia panoram zrobione z Babiej przedstawiające… w zasadzie nic nieprzedstawiające – poza mgłą. Czy jednak Diablak naprawdę jest taki straszny, jak go malują?

Jeżeli ktoś czytał mój pierwszy górski tekst („W górach jest wszystko…”), wie, że mam całkowicie uzasadnioną słabość do Beskidu Żywieckiego. I o ile w ogólnie pojętych górach jest dla mnie po prostu wszystko, to w tych rozciągających się od Przełęczy Zwardońskiej do Pasma Orawsko-podhalańskiego zdecydowanie jest wszystko, co kocham. I to nie tylko dlatego, że są drugimi co do wysokości w Polsce, a w wygrywających tę konkurencję Tatrach bywałem jak na razie niezbyt często.

IMG_7675.jpg

Moja fascynacja tym regionem, szczególnie jego Królową, bierze się też z tego, że wiąże się z wieloma pierwszymi razami. To Babia była pierwszą górą, na którą wszedłem po długiej przerwie, to na niej zobaczyłem po raz pierwszy w górach wschód słońca, a także jego zachód (o czym za chwilę). Powrót na nią był nieunikniony. Znam ludzi, którzy przynajmniej raz w roku starają się znaleźć dzień, żeby Królową odwiedzić, powoli zaczynam się do nich zaliczać.

Jak większość moich ostatnich wyjazdów w góry ten również był bardzo spontaniczny. Co prawda już od jakiegoś czasu Babia była w planach, ale były one mało konkretne. Pomimo tego czteroosobowa ekipa uzbierała się dosyć szybko. Pierwotnie mieliśmy wyjechać wczesnym rankiem, ale ostatecznie zdecydowaliśmy spróbować szczęścia i pojechać na zachód słońca. Nigdy wcześniej takowego w górach nie widziałem, a doświadczenie tego po raz pierwszy właśnie tam było dla mnie bardzo symboliczne. Zawsze byłem sentymentalny, a dodatkowo lubię pewnego rodzaju klamry, domknięcia historii, powtórzenia miejsc i motywów, ale w innej ”aranżacji”. Doceniam je na ogół przede wszystkim w książkach i filmach, ale jeżeli zdarzają się też w moim życiu, to raczej nie protestuję. Tak więc, za namową Weroniki, pojechaliśmy na zachód słońca. Było to ciut ryzykowne, bo prognoza pogody nie wróżyła niczego dobrego. Jak wiadomo w góry latem jest o wiele bezpieczniej i pewniej (jeżeli chodzi o warunki atmosferyczne) wybierać się rano. Po południu na dwoje babka wróżyła. A Babia co najmniej na czworo. Starałem się nie sprawdzać pogody już w drodze i zachować entuzjazm, ale dojechawszy do Zawoi i zobaczywszy nad Królową gęste, czarne chmury, trochę straciłem rezon. Ostatnio utarło się, że robię za inicjatora wycieczek w góry, ale tego dnia nie byłem do końca pewien, czy to był dobry pomysł. Ostatecznie uznaliśmy, że wejdziemy do schroniska na Markowych Szczawinach, a tam zdecydujemy co dalej. Tak, próbowaliśmy chociaż tyle uratować z tego wyjazdu i dwóch godzin spędzonych w samochodzie.

IMG_7673.jpg

Nie lubię wracać na te same szlaki w krótkich odstępach czasu. Dlatego tym razem wybrałem dla nas zielony szlak z Zawoi w stronę schroniska PTTK, a stamtąd żółty, przez Perć Akademików (link do szlaku). Fakt, że mijaliśmy tylko schodzących z góry ludzi, a nikogo idącego w tę samą stronę co my, nie napawał optymizmem. Jak to na Babiej, wisiało w powietrzu niewyraźne widmo zołzowatości Królowej.

IMG_7681

Szlak zielony zaczyna się w Markowej (dzielnica Zawoi) obok parkingu i budki z pamiątkami, w której też kupuje się bilety wstępu do Parku Narodowego, a osoby zbierające pieczątki do Górskiej Odznaki Turystycznej mogą sobie takową wbić do książeczki (leży na stole przed budynkiem). Początkowo szlak biegnie utwardzoną drogą, po około trzech kilometrach droga się jednak kończy, a zaczyna ścieżka ułożona z topornych kamieni, co jakiś czas tworząca nieregularne i niefizjonomiczne stopnie, wprost idealne, żeby przy odrobinie nieuwagi połamać sobie na nich nogi (nie dziwi zatem dróżka wydeptana na ziemi obok szlaku, przez większość jego długości). Jak to w górach, jest stromo, momentami nawet bardzo stromo, nie powinno to jednak nikogo dziwić. Różnica wysokości pomiędzy parkingiem a szczytem Babiej to trochę ponad kilometr. Niemniej jednak można się na tym odcinku solidnie zmęczyć, a pytania z serii „Daleko jeszcze?” stają się w pewnym momencie normą, szczególnie gdy w głowach rysuje się obraz ławki przed schroniskiem, posiłku i chwili odpoczynku. Udało nam się jednak bezpiecznie i dosyć sprawnie wejść na górę. Pogoda okazała się wystarczająco dobra żeby próbować iść dalej. Początkowo szlak żółty jest utwardzoną drogą używaną przez ratowników, prowadzącą do lądowiska. Po chwili jednak znowu zaczynają się nieszczęsne kamienie, na dodatek niedające się w żaden sposób ominąć. Głównie ze względu na jagody rosnące po obu stronach, mnóstwo jagód. Szlak żółty zdecydowanie różni się od zielonego. Jest jeszcze stromiej. Bywa też ślisko, bo kilka razy droga przecina strumyki i kamienie mogą okazać się zdradliwe. W pełni rekompensują to jednak widoki. Po jakimś czasie las zaczyna się przerzedzać, dookoła rosną ciągle jeszcze jagody, sporadycznie wyrastają paprocie i jarzębiny, ale pod pewnymi względami otoczenie robi się trochę egzotyczne. Nad tym wszystkim góruje grań, którą biegnie Główny szlak Beskidzki, i którą parę godzin później będziemy wracać. Oczywiście największą atrakcją tego szlaku jest odcinek ze sztucznymi udogodnieniami. Zaczyna się niewinnie, skalistą półeczką, długości paru metrów. Łańcuch przyczepiony do ściany jest w zasadzie czysto symboliczny, da się spokojnie tamtędy przejść bez żadnej pomocy. Ciekawiej jest później, gdy podtrzymując się łańcuchem i wbitymi do skały metalowymi szczeblami, trzeba wchodzić po pionowej ścianie. Każda osoba, nawet mająca lęk wysokości (Karolina może potwierdzić), jest w stanie przebyć ten odcinek bez większych trudności. Daleko tym skałom do Orlej Perci, ale mimo to wędrówka tamtędy jest bardzo ekscytująca, malownicza i niesamowicie satysfakcjonująca. Chyba w każdym odżywa tam trochę małe dziecko. We mnie odżyło i mówię to z ręką na sercu: jest to zdecydowanie moje ulubione wejście na Babią Górę.

IMG_7689.jpg

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy i po chwili znowu trzeba iść po zwykłej ścieżce, choć ze względu na roztaczające się dookoła widoki ciężko nazwać ją zwyczajną. Dookoła kwitną trawy, których liście prześwietlają lekkie promienie zachodzącego już powoli słońca. Na horyzoncie rysuje się Jezioro Żywieckie. W dole widać malutkie kwadraciki zabudowań i kojące połacie lasów. A przed wchodzącym rysuje się skalisty szczyt góry, wyglądający trochę jak stos ofiarny ułożony przez dawno wymarłe plemię olbrzymów. „Majestat” to chyba jedyne słowo przychodzące mi w tym momencie na myśl i bardzo do Królowej pasujące. Ona jest majestatyczna, w każdym tego słowa znaczeniu. Tytuł, który nosi, nie jest czysto grzecznościowy.

IMG_7697.jpg

Na szczyt dotarliśmy niecałą godzinę przed zachodem. Mieliśmy zatem wystarczająco dużo czasu, żeby rozejrzeć się dookoła, odpocząć, zjeść podwieczorek i… zmarznąć. Nie zrozumcie mnie źle, pogoda okazała się zaskakująco łaskawa. Chmura, która zmroziła mi krew na dole, całkowicie się rozwiała. Niestety jednej rzeczy na Babiej można być w zasadzie zawsze pewnym – wiatru. Zacinało niemiłosiernie. I chociaż temperatura była względnie wysoka, to ta odczuwalna potrafiła przyprawić o lekką gęsią skórkę. Nie byliśmy sami na szczycie, była z nami grupa uczniów, którzy rozbili namioty po słowackiej stronie, kawałek poniżej szczytu. Nie pozostało nam nic innego, niż czekać na godzinę zero.
Może nie był to najbardziej spektakularny zachód słońca, jaki widziałem, bo niestety chmury w dużym stopniu zmniejszyły jego widowiskowość. Słońce szybko przemknęło  za nimi i tylko kilka razy znalazło przerwę, żeby się pokazać, zanim zniknęło całkowicie. Mimo to było niezwykle. Jak już wspomniałem, jestem sentymentalny i zachód słońca akurat na tej górze miał dla mnie duże znaczenie.

14067490_10206982854198638_8560599039295654013_n.jpg

Wiedząc, że nie ma już sensu dłużej siedzieć na górze, bo przez chmury i tak nic więcej nie zobaczymy, i chcąc skorzystać jeszcze z resztek dziennego światła, ruszyliśmy w drogę powrotną w stronę Przełęczy Brona. Trójkolorowy szlak idący granią jest całkiem przyjemny, pokonaliśmy go błyskawicznie, kiedy jednak zeszliśmy na ten, oznaczony kolorem czerwonym trzeba było już uważać. I przede wszystkim wyciągnąć latarki. Zrobiło się ciemno. Jest coś niesamowitego w górskim lesie nocą i coś bajkowego, gdy po wędrówce w ciemności, dostrzega się światła schroniska, ciepłe, zapraszające i gościnne. A mówię o wędrówce bezpiecznym szlakiem w środku lata. Takie samo odczucie wzmocnione niekorzystnymi warunkami musi być czymś rzeczywiście cudownym. Postanowiliśmy nie tracić czasu i nie zatrzymywać się w schronisku tym razem. Minęliśmy ten „Ostatni przyjazny dom” i gawędzących na tarasie ludzi, pijących kawę i piwo i ruszyliśmy w ciemność. Znowu szlakiem zielonym, tym samym, którym wcześniej weszliśmy na górę. Trzeba uważać na nim na oznaczenia, szczególnie na dolnym odcinku, lubią znikać z oczu albo znajdować się w całkowicie nielogicznych miejscach. Ze względu jednak na ścieżkę z kamieni ciężko tam zabłądzić, gorzej na krótkich ziemnych odcinkach. Można też trafić na osoby wchodzące na górę bez światła, nagle wyskakujące zza rogu, przeżycie godne polecenia, szczególnie fanom horrorów. W dobrej ekipie droga mija szybko i sprawnie, nie wiedzieć kiedy dotarliśmy do ostatniej prostej, do wspomnianego na samym początku utwardzonego odcinka. W ciemności sprawia on niepokojące wrażenie. Jest długi, jednostajny, nieurozmaicony i monotonny. Idąc nim, ma się wrażenie, że idzie się po zapętlonej drodze. Zupełnie jakby jakieś złe duchy, siły o wiele potężniejsze od człowieka, wrzuciły go do czegoś w rodzaju kółka dla chomików. Kiedy już zaczęliśmy się tym uczuciem denerwować, daleko z przodu pojawiły się pierwsze światła. Parking był tuż tuż.

W tym miejscu warto zaznaczyć jedną rzecz. Górski las nocą, jak już napisałem, ma w sobie coś magicznego i groźnego. Paradoksalnie jednak, czułem się tam o wiele bezpieczniej niż nocą na ulicach na przykład Krakowa. To uświadamia, że często my – ludzie, jesteśmy dla siebie nawzajem największym zagrożeniem. A natura ma w sobie coś pierwotnie sprawiedliwego i jeżeli tylko Ty nie wyrządzisz jej krzywdy, to ona Ciebie zostawi w spokoju. I chyba to, co najbardziej w wędrówkach po górach lubię, to właśnie to zakorzenione gdzieś głęboko poczucie bezpieczeństwa i przynależności.

IMG_7711.jpg

Babią mogę polecić i polecał będę zawsze. I to nie tylko ze względu na moje doń uczucie. Ona naprawdę jest po prostu piękna i różnorodna, a roztaczające się z niej widoki, o każdej porze dnia i roku, niezależnie od pogody (nie licząc stuprocentowego zamglenia) są na swój sposób wyjątkowe. Na pewno będę tam wracał. I do odwiedzania Królowej zachęcam. Jest warta każdej spędzonej tam minuty. I chociaż czasami człowiek ma jej serdecznie dosyć, może nawet wraca do domu z przeświadczeniem, że jego noga już nigdy tam nie postanie, to po jakimś czasie wszystko to co negatywne blednie. Nie słyszy się już żadnych głosów przeciw, tylko ciche, choć stanowcze wołanie Królowej, by kolejny raz oddać jej hołd. I niezależnie od wszystkiego wsiada się w samochód i rusza. Bo Babia wzywa. Cieszę się, że mogę być jej poddanym.


Pozostałe teksty o górach: „Buszujący w górach„.